Afrykańska przygoda
Liz Fielding
- Średnia ocena:
- 4.75 (4 głosy)
- Ocena:
-
- Seria:
- Romans
- Liczba stron:
- 160
- Oprawa:
- miękka
- ISBN:
- 9788323882763
- W sprzedaży od:
- 11.01.2012
- Cena:
- 9.99 zł
- Dostępność książki:
- Wyprzedane
Zarejestruj się i:
-
Oceń książkę
Zaznacz tyle gwiazdek na ile oceniasz książkę
- Oznacz jako przeczytaną
- Chcę przeczytać tę książkę
- Skomentuj tę książkę
-
Fragment książki Powrót
„Luksusowe otoczenie sprawi państwu młodym dodatkową radość”.
Serafina March „Ślub doskonały”.
Mimo złych przeczuć Josie była pod wrażeniem. Z pokładu awionetki tonący w bujnej zieleni hotel był ledwie widoczny. Piaszczysty pas startowy, na którym wylądowali, wzniecając tumany kurzu, nie napawał otuchą. Na szczęście samochód terenowy z napędem na cztery koła obudził w Josie nieśmiałą nadzieję, że jednak nie jest na końcu świata.
Menedżer hotelu na nią czekał. Razem weszli do głównego budynku, otwartego z dwóch stron pawilonu, który w holu z jednej strony miał wielkie palenisko, z drugiej zaś jadalnię z bufetem, przy którym kręcili się hotelowi goście. Wszyscy bez wyjątku w strojach safari, obwieszeni drogim sprzętem elektronicznym.
- David Kebalakile – przedstawił się menedżer. – Witamy w Leopard Tree Lodge, panno Fowler. Miała pani dobrą podróż?
- Owszem, dziękuję. – Josie wolała nie wchodzić w szczegóły, bo chwilami bała się, że ta podróż nigdy się nie skończy. Ważne, że po dobie na pokładach trzech samolotów dotarła szczęśliwie do celu, cała i zdrowa.
- Schowajmy te kartony do biura. – David wskazał pudła z przeróżnymi weselnymi akcesoriami. „Parę drobiazgów”, jak to ujęła Marji Haynes, niespeszona faktem, że obciąża Josie dodatkowym bagażem. – Potem pokażę pani domek na drzewie, w którym będzie pani mieszkała.
Domek na drzewie? Dobrze, że nie namiot? Albo jeszcze gorzej? Z namiotu nie da się spaść, myślała, idąc za Davidem krętą kładką zawieszoną trzy metry nad ziemią.
- Nigdy nie organizowaliśmy ślubów – przyznał David.
No, super. Jednym słowem obsługa nie ma doświadczenia w tej dziedzinie.
- Jesteśmy na miejscu. – David zatrzymał się u podnóża schodków wiodących na obszerny pomost umocowany między konarami drzew. – Proszę, pani pierwsza.
O mój Boże! Z pomostu roztaczał się cudowny widok na rozlewisko, a domek na drzewie miał zwijane z boku zasłony z płótna. David zademonstrował, jak to zrobić, tak by leżąc w olbrzymim łóżku z moskitierą, podziwiać wschód słońca. Pod warunkiem, że jest się spragnionym takich doznań.
- Zwierzęta najlepiej obserwować o zmierzchu i o świcie – tłumaczył – bo wtedy przychodzą do wodopoju. Ale tu zawsze coś się dzieje. O, proszę, teraz mamy tu słonie i rodzinę guźców.
Wyraźnie czekał, aż zapieje z zachwytu.
- Cudownie! – Jej entuzjazm nie był szczery, bo bardziej niż słonie interesowała ją łazienka.
- A lubi pani ptaki? Są ich tu setki... Przepraszam, jest pani zmęczona po podróży, a ja tu panią zanudzam.
- Nie ukrywam, że marzy mi się chłodny prysznic – przyznała, notując w myślach, że musi popracować nad mimiką twarzy. – I coś do jedzenia.
- Naturalnie. Mam nadzieję, że znajdzie pani trochę czasu, żeby popływać łódką albo pójść z przewodnikiem do buszu.
- Też mam taką nadzieję – odparła, by nie sprawić mu zawodu. Nigdy w życiu, dodała w myślach.
Była typową dziewczyną z miasta i nie pociągało jej włóczenie się po buszu pełnym oślizgłych stworzeń włażących człowiekowi za koszulę.
- Zje pani w jadalni czy tutaj?
- Tutaj, jeśli można.
- Naturalnie. Życzę przyjemnego odpoczynku.
Bez przesady z tym odpoczynkiem. Najpierw praca, potem przyjemności.
- Na śniadanie wystarczy mi kawa i grzanki, a potem chciałabym przejść się po ośrodku.
- Oczywiście, jestem do dyspozycji. Jak będzie pani gotowa, proszę przyjść do recepcji. Gdyby pani czegoś potrzebowała, proszę dzwonić.
Kiedy odszedł, Josie zaczęła inspekcję. Domek na drzewie zrobił na niej jak najlepsze wrażenie – cena za dobę na pewno było uzasadniona. Było tu bowiem wszystko, co zapewniało wygodny pobyt. Nawet niewielki basen, którym kusiła ją Marji. Na podeście stały leżanki i wygodne posłanie pod dachem z suchej trzciny. Idealne dla zmęczonych nadmiarem wrażeń. Albo znudzonych spokojem poszukiwaczy wakacyjnych przygód.
- Ja Tarzan, ty Jane – mruknęła, ale musiała przyznać, że zachwyt naczelnej „Celebrity” był uzasadniony. W takich plenerach sesja zdjęciowa musi się udać. Choć gdyby ktoś pytał ją o zadanie, powiedziałaby, że Leopard Tree jest lepszym miejscem na podróż poślubną niż na ślub. Czuła przez skórę, że w miejscu jak to mogą być kłopoty.
Koniec czarnowidztwa. O kłopotach będzie myślała, kiedy przyjdą. Dziesięć minut później, pachnąc ekskluzywnymi kosmetykami, które znalazła w łazience, i otulona śnieżnobiałym szlafrokiem, zaczęła szukać suszarki. A znalazła tylko małą pochodnię. Fajną, ale nieprzydatną. Kiedy brała prysznic, przyniesiono śniadanie, więc przestała się zżymać na brak podstawowych sprzętów i poszła wspomóc słabnące ciało solidną dawką kofeiny. David nie wziął poważnie jej minimalistycznej prośby, bo na tacy znalazły się również owoce, sok z pomarańczy i pachnąca, jeszcze ciepła jagodowa muffinka.
Josie postanowiła zjeść śniadanie na tarasie. Postawiła filiżankę na barierce i zaczęła przeczesywać włosy palcami, zadowolona, że może wysuszyć je na słońcu. Kiedy Sylvie przyjęła ją do pracy, jej punkowa fryzura szokowała paniusie typu Marji Haynes na równi z jej pochodzeniem. Była wtedy młodziutka i strasznie zakompleksiona, więc odlotowa fryzura, ciężkie martensy, ostry makijaż i kolczyk w nosie były zbroją, pod którą chroniła się przed światem. Wygląd był ostrzeżeniem: lepiej ze mną nie zadzieraj. Wysyłała je ludziom z eleganckich pensjonatów, restauracji i hoteli, do których tacy jak ona byli wpuszczani od zaplecza.
W miarę jak poznawali ją ludzie z branży, stawała się coraz śmielsza. Przestała się srożyć, a zaczęła częściej uśmiechać, bo zrozumiała, że tak więcej zyska. Z czasem awangardowy wygląd stał się jej wizytówką. Zdaniem Sylvie wyglądała oryginalnie. Gdyby nagle coś zmieniła, ludzie poczuliby się zdezorientowani.
Z czasem jej styl złagodniał. Nie nosiła już mocno postrzępionych pazurków, tylko dobrze ostrzyżoną półdługą fryzurę, która kosztowała krocie. Ćwiek w nosie zastąpiła eleganckim ametystem, a kolczyki w kształcie żyletek pochodziły z ekskluzywnej kolekcji Zandry Rhodes, która dla stylu punk była tym, czym Coco Chanel dla świata biznesu. Co do makijażu, nadal malowała się odważnie, ale już nie wyglądała, jakby szła na Halloween.
Skoro o włosach mowa, postanowiła zapytać Davida o suszarkę. Jeśli się okaże, że nie jest przeoczenie, będzie musiała go prosić, by suszarki sprowadzono. Sama poradzi sobie z pomocą szczotki i żelu, ale panna młoda, druhny i tłum celebrytów płci obojga nie przeżyją bez suszarek, prostownic i lokówek.
Przyniosła laptopa, ale szybko padła bateria. Zaczęła szukać gniazdka, ale nie znalazła. Telefonu też nie. Zirytowana wyciągnęła komórkę. Brak zasięgu...
Tknięta złym przeczuciem wróciła do środka i jeszcze raz obejrzała wszystkie kąty. I ją olśniło. Kiedy za pierwszym razem zauważyła grube świece w szklanych wazonach, myślała, że to dekoracja. Luksusowa łazienka z gorącą wodą uśpiła jej czujność. Teraz pojęła, że świece to nie romantyczna ozdoba, ale jedyne źródło światła w domku bez prądu.
Dzicz. Zwierzęta. Spokój. Cisza. Powrót do natury.
Ależ była zadufana w sobie. Taka z siebie dumna, taka zachwycona, że sama Marji Hayes musi prosić ją o pomoc. I teraz spotyka ją kara.
W notatkach nie było słowa o braku prądu. O ile Marji Hayes mogła o tym nie wiedzieć, o tyle Serafina March na pewno nie przeoczyła takiej informacji. Szkoda, że zapomniała o tym wspomnieć. No nic, pomyślała Josi, trzeba będzie sobie z tym poradzić. Sięgnęła po sprawdzone narzędzia z czasów, gdy nie było komputerów, czyli długopis i notes, i grzejąc się w słońcu, zaczęła robić listę najpilniejszych spraw.
Niewątpliwie największym problemem będzie łączność, a konkretnie jej brak. Zamyślona, sięgnęła po grzankę, nie podejrzewając, że nie tylko ona ma na nią chrapkę. Nagle coś zaszeleściło i rzuciło się na nią z dzikim wrzaskiem. Przerażona upuściła talerz i zaczęła piszczeć jak dziewczynka. Reakcja była idiotyczna, zwłaszcza że agresorem okazała się małpka, która chwyciła łup i zwinnie śmignęła na gałąź.
- Cholerna złodziejka! – krzyknęła, bezradnie patrząc, jak zwierzątko opycha się jej grzanką.
Na szczęście kawa przetrwała atak. Josie podniosła filiżankę do ust i wtedy okazało się, że na jej kawę też są chętni.
- Pije pani kawę?
Tak się przestraszyła, że niechcący wylała ją na siebie. Klnąc pod nosem, spojrzała z wściekłością sąsiedni domek, lewie widoczny pośród zieleni.
- Piłam! – burknęła, wycierając poparzone stopy.
- Przepraszam! Nie chciałem pani przestraszyć.
Głos był niski, nieco chropawy, bardzo męski.
- Kim pan jest? – zawołała, próbując coś dojrzeć między gałęziami. – I gdzie pan jest?
- Niżej!
Była pewna, że mężczyzna stoi na kładce i obserwuje rzekę, udając, że jest Davidem Attenborough. Dopiero gdy spojrzała w dół, dostrzegła zarys sylwetki wyciągniętej na leżance. W szczelinach między liśćmi widziała tylko fragmenty postaci: szczupłą stopę, brzeg nogawki na udzie, czarne włosy. Nagle gałęzie zakołysały się na wietrze i dojrzała wpatrzone w siebie oczy.
Mężczyzna przyglądał jej się tak uważnie, że poczuła się niekomfortowo. Ogarnął ją irracjonalny lęk, że kiedyś ktoś przejrzy ją na wylot i dowie się, z kim ma do czynienia. A wtedy wyjdzie na jaw, że nie dość, że jest zwykła kuchtą udającą organizatorkę wesel, to jeszcze ma taką przeszłość, że nikt odpowiedzialny nie wpuściłby jej za próg.
- I co z tą kawą? – dopytywał nieznajomy.
Przełknęła ślinę. Odetchnęła głęboko. Idiotyzm...
Jedynie Sylvie zna prawdę o niej. Nikt inny się nie dowie. Czego więc się boi? Wszystko przez zmęczenie i niewyspanie.
- Kawa smaczna, bardzo dziękuję – zawołała.
Mężczyzna się uśmiechnął, a z nią znów stało się coś dziwnego. Atak lęku minął, za to ogarnęła ją fala pożądania. I pomyśleć, że wystarczył jeden uśmiech... Teraz przestraszyła się nie na żarty. Co ja wyprawiam, pomyślała. Zamiast brać się do roboty, traci czas na pogaduszki z jakimś facetem. Szkoda, że biedak nie wie, że nie trafił na amatorkę wakacyjnych przygód.
Nie tylko zresztą wakacyjnych.
- Proszę zaczekać! – zawołał, kiedy wstała. – Może poczęstuje pani kawą człowieka w nieszczęściu?
- W nieszczęściu?
Nie wyglądał na dotkniętego nieszczęściem. Wręcz przeciwnie, sprawiał wrażenie człowieka, który w pełni kontroluje swój świat. I zawsze dostaje, czego chce. Spotykała takich facetów bez przerwy. Byli klientami jej firmy. Bogaci, wpływowi, nie zadowalają się byle czym. Chyba nie jest aż taką kretynką, żeby złapać się na tani chwyt jednego z nich?
- Dostałem jakieś ohydne ziółka – poskarżył się, wykorzystując jej wahanie.
- To chyba nic złego? Podobno rumianek skutecznie koi nerwy. Szczerze polecam.
- Skoro tak, chętnie się zamienię.
- Dziękuję, ale nie skorzystam! – zawołała, ale postanowiła się podzielić.
Całego dzbanka nie wypije, a facet jutro wyjedzie, bo raczej nie jest jednym z weselnych gości.
- Jeśli ma tak wielką ochotę na kawę, zapraszam. Proszę przyjść i się poczęstować.
- Problem w tym, że nie mogę. Chciałaby dusza do raju, ale oporne ciało nie pozwala. A konkretnie kręgosłup. Niech mi pani wierzy, doczołgałbym się do tej kawy po rozżarzonych węglach. Ale nie mogę, więc jestem zdany na pani łaskę.
- Coś panu dolega? – Co za głupie pytanie! Facet musi być poważnie chory, skoro nie może przejść paru kroków. W normalnym hotelu zadzwoniłby po obsługę, a tu?
- Chwileczkę, już do pana idę! – zawołała.
Domek był ulokowany na końcu kładki, najdalej od głównego budynku. Według planu, który dostała Josie, mieli tam zamieszkać państwo młodzi.
Czyli facet do jutra się wyniesie.
U podnóża schodów znalazła dzwonek. Potrząsnęła nim, by uprzedzić o swoim przybyciu.
- Już jestem! – Wyszła zza rogu i stanęła jak wryta.
Mężczyzna na leżance nie wyglądał na kontuzjowanego. W dodatku był przystojny. Miał ogorzałą skórę i na pewno nie była to opalenizna z salonu czy buteleczki. Zarost na policzkach dawno przeszedł modną fazę „dwudniową” i lada moment miał się zmienić w brodę.
Josie aż za dobrze pamiętała siłę jego uśmiechu, a przecież dzieliło ich wtedy dwadzieścia metrów zarośli. Nieznajomy wprawdzie już się nie uśmiechał, tylko lustrował ją wzrokiem. W dodatku tak, jakby wiedział, że pod szlafrokiem jest naga. Mimo woli spojrzała na jego usta i znów poczuła mrowienie w dole brzucha, nieomylny znak, że facet jest groźniejszy niż wszystkie tutejsze drapieżniki razem wzięte. Zwłaszcza dla nieostrożnych kobiet.
Josie zachowała zimną krew.
- Pogotowie kawowe, do usług. – Postawiła dzbanek i od razu chciała wracać do siebie.
Jeszcze dziesięć minut temu Gideon nie miał ochoty na towarzystwo, szczególnie kobiety, która niebawem każe jakiemuś nieszczęśnikowi podpisać cyrograf. A jeśli łaskawie zgodzi się zwrócić mu wolność, to w zamian za połowę jego majątku. Gideon pewnie nadal cieszyłby się samotnością, gdyby nie zapach świeżo parzonej kawy. Może by się mu oparł, ale jak na złość zauważył intrygującą kobietę, która suszyła w słońcu włosy. Francis mówił, że panna młoda nazywa się Crystal Blaize. To imię pasuje do seksownych blondynek, w których gustują mężczyźni ceniący walory kobiecego ciała wyżej niż intelekt. Gideon też nie był obojętny na kobiece wdzięki, ale...
Kobieta, którą z takim zainteresowaniem obserwował, nie była blondynką i pod wieloma względami wymykała się stereotypom. Nie dość, że włosy miała czarne jak skrzydło kruka, to jeszcze ozdobiła je fioletowymi pasemkami. Jej twarz miała ostre i zdecydowane rysy, złagodzone przez wyjątkowo duże oczy. Gideon nie potrafił powiedzieć, czy jest zgrabna, bo w ocenie przeszkadzał szlafrok, ale na pewno była bardzo szczupła. A jej kształty raczej nie były dziełem chirurga plastyka.
Nieznajoma całkowicie odbiegła od jego wyobrażeń i to pobudziło jego zainteresowanie. W każdym razie zapomniał o bólu krzyża. A to dopiero początek, bo kobieta widziana z bliska wydała mu się jeszcze ciekawsza. Prosto spod prysznica, bez makijażu, z wilgotnymi włosami, których nawet nie uczesała, bez seksownych ubrań i szpilek, wyglądała tak, że mu aż dech zaparło.
- Jest pani aniołem, panno Blaize.
- Nic podobnego.
Musiała mocno pracować, by pozbyć się akcentu klasy niższej, ale wyczulone ucho, a Gideon takie miał, potrafiło wychwycić jego ślady.
- Myli się pan, i to podwójnie. Przykro mi pana rozczarować, ale ma pan do czynienia z pospolitą Josie Fawler.
Więc to nie jest panna młoda? Dlaczego nazywa siebie „pospolitą”, skoro taka nie jest? Jego matka powiedziałaby o niej „frapująca”. Gideon dopiero teraz zwrócił uwagę na niespotykany, ciemnofiołkowy kolor jej oczu.
- Skąd pomysł, że jestem rozczarowany, pani Pospolita? – Zignorował uczucie ulgi, że nie rozmawia z Crystal Blaize. Właściwie nie powinno go obchodzić, kim ona jest. Zależy mu na kawie, nie na niej. – Poprosiłem, żeby poczęstowała mnie pani kawą i oto stoi pani przede mną z dzbankiem w ręku. Dla mnie pani jest aniołem.
- Tak łatwo pana zadowolić?
Wręcz przeciwnie. Większość kobiet twierdziła, że jest to absolutnie niemożliwe – albo że Gideon jest niemożliwy. Mniejsza o to. Akurat teraz miał ochotę z kimś pogadać. A że wybredny nie jest, ujdzie nawet wielkooki strach na wróble o fioletowych włosach.
- Gideon McGrath – przedstawił się i wyciągnął rękę.
Po chwili wahania podała mu dłoń. Zbyt dużą, by nazwać ją kobiecą rączką, ale mocną i pewną. Zdecydowany uścisk zdradzał, że ma się do czynienia z osobą naturalną (nie licząc barwionych szkieł kontaktowych, bo nikt nie rodzi się z takim kolorem oczu).
- Proszę wybaczyć, że nie wstaję, ale gdybym to zrobił, musiałaby mnie pani podnosić.
- Więc niech pan nie próbuje. Wystarczy, że jedno z nas ma problemy z kręgosłupem. Życzę zdrowia.
- Czy mogłaby pani podać mi filiżankę? Sam sobie nie poradzę – skłamał, bo nie chciał, by odchodziła.
Rejestracja użytkownika
Zarejestruj się w naszym serwisie, by oceniać książki, dodawać opinie oraz spotkać osoby, które tak jak Ty lubią czytać książki.
Zapisz się na newsletter, a otrzymasz prezent w postaci eBooka „Raj na Ziemi”, Mary Alice Monroe
Masz już konto?
Zaloguj się
Hity Miesiąca
-
1. W cieniu starych drzew
- Autor:
- Seria:
- Satine
- Ocena:
-
- Cena:
- 19.99 zł
- Kup taniej:
-
-
2. Bratnie dusze
- Autor:
- Seria:
- Romans
- Ocena:
-
- Cena:
- 34.99 zł
- Kup taniej:
-
-
3. Trzej bracia
- Autor:
- Seria:
- Romans
- Ocena:
-
- Cena:
- 34.99 zł
- Kup taniej:
-
Top 10 Tygodnia
-
1. Pozory mylą, W zamku nad Loarą
- Autor:
- Seria:
- Światowe Życie DUO
- Ocena:
-
- Cena:
- 14.99 zł
- Dostępność książki:
- Wyprzedane
-
2. Koło fortuny
- Autor:
- Seria:
- Romans
- Ocena:
-
- Cena:
- 9.99 zł
- Kup taniej:
-
-
3. Serce milionera
- Autor:
- Seria:
- Światowe Życie
- Ocena:
-
- Cena:
- 9.99 zł
- Kup taniej:
-
-
4. Na paryskich salonach
- Autor:
- Seria:
- Światowe Życie
- Ocena:
-
- Cena:
- 9.99 zł
- Kup taniej:
-
-
5. Niezapomniany wernisaż
- Autor:
- Seria:
- Światowe Życie Extra
- Ocena:
-
- Cena:
- 9.99 zł
- Kup taniej:
-
Nowość
Nowość
Kłopotliwy spadek
- Autor:
- Seria:
- Gwiazdy Romansu
- Ocena:
-
- Cena:
- 12.99 zł
- Kup taniej:
-
Bezpłatny Newsletter
Zapisz się. Poinformujemy Cię o promocjach i konkursach z nagrodami.