Skradzione serce, Podniebna miłość
Kathie DeNosky, Emilie Rose
- Średnia ocena:
- 4.25 (8 głosów)
- Ocena:
-
- Seria:
- Gorący Romans DUO
- Liczba stron:
- 320
- Oprawa:
- miękka
- ISBN:
- 978-83-238-8103-2
- W sprzedaży od:
- 05.10.2011
- Cena:
- 14.50 zł
- Dostępność książki:
- Wyprzedane
Zarejestruj się i:
-
Oceń książkę
Zaznacz tyle gwiazdek na ile oceniasz książkę
- Oznacz jako przeczytaną
- Chcę przeczytać tę książkę
- Skomentuj tę książkę
-
O książce
Arielle Garnier przeżyła z Zachem Forsythe’em, magnatem hotelowym, namiętny romans. Trwał on krótko, po siedmiu dniach bowiem Zach zniknął bez śladu. Gdy Arielle zorientowała się, że jest w ciąży, próbowała go odszukać. Bezskutecznie, ponieważ podał jej fałszywe nazwisko. Ku jej zdumieniu po czterech miesiącach niespodziewanie Zach staje w progu jej gabinetu...
Lauren, nieślubna córka bajecznie bogatej Jacqueline Hightower, na prośbę matki podejmuje pracę pilota w rodzinnej firmie. Przyrodnie rodzeństwo podejrzewa, że Lauren bez skrupułów korzysta z pieniędzy matki. Dlatego przydzielają jej jako klienta swojego zaufanego przyjaciela, bardzo przystojnego Gage’a Faulknera. Ma on za zadanie patrzeć jej na ręce...
Fragment książki:
- Pani Montrose, wiem, że Derek postąpił źle, ale musi mu pani dać jeszcze jedną szansę.
Na dźwięk męskiego głosu Arielle Garnier podniosła wzrok znad ekranu komputera i omal nie zemdlała. Mężczyzna stojący w progu jej gabinetu był ostatnią osobą, jaką spodziewała się ujrzeć. Sądząc z jego miny, był równie zaskoczony, jak ona.
Wbił w nią spojrzenie żywych zielonych oczu. Po długiej chwili przemówił:
- Muszę porozmawiać z dyrektorką, panią Montrose, o sprawie Dereka Forsythe’a. Gdzie mógłbym ją znaleźć?
- Helen Montrose sprzedała przedszkole i kilka tygodni temu przeszła na emeryturę. – Arielle starała się nie okazać zdenerwowania. – Obecnie to ja jestem właścicielką i dyrektorką Akademii dla Przedszkolaków.
Walczyła o opanowanie, mimo że jego niespodziewane pojawienie się w jej życiu wstrząsnęło nią do głębi. Wolałaby się przespacerować boso po rozżarzonych węglach, niż pozwolić mu myśleć, że nadal wywiera na niej wrażenie.
Wpatrywał się w nią nieustępliwie, więc zmusiła się do wydobycia głosu.
- Czy mogę ci w czymś pomóc?
- Nie mam czasu na żarty, Arielle. Muszę jak najszybciej porozmawiać z Helen Montrose.
Rozgniewało ją, że nie uwierzył, że to ona jest teraz właścicielką.
- Już mówiłam, że odeszła na emeryturę. Jeśli masz jakąś sprawę, będziesz musiał ją załatwić ze mną.
Nie wydawał się ucieszony sytuacją. Ona także nie czuła się swobodnie w obecności mężczyzny, który trzy i pół miesiąca temu spędził z nią cudowny tydzień, po czym zniknął bez słowa. Nie zadzwonił, nie zostawił żadnej wiadomości.
- Dobrze – oznajmił. Wziął głęboki oddech i dodał: - To chyba dobry moment, żebym ci się przedstawił. Moje prawdziwe nazwisko brzmi Zach Forsythe.
Serce Arielle podskoczyło do gardła. Czyżby okłamał ją także co do nazwiska? Naprawdę nazywał się Zachary Forsythe i był właścicielem imperium hotelowo-wypoczynkowego? Czy Derek był jego synem? Czy to znaczy, że był żonaty?
Poczuła w ustach smak żółci. Gorączkowo przypominała sobie, czy czytała coś ostatnio na jego temat. Pamiętała jedynie, że strzegł swej prywatności jak złota w skarbcu Fort Knox, wiodąc życie z dala od kamer i obiektywów paparazzich. Niestety, nic o jego stanie cywilnym.
Na samą myśl, że mogła spędzić tydzień w ramionach żonatego mężczyzny, przeszedł ją zimny dreszcz.
- O ile pamiętam, kilka miesięcy temu występowałeś pod nazwiskiem Tom Zacharias.
Niecierpliwym gestem przeczesał gęstą ciemnobrązową czuprynę.
- Jeśli chodzi…
- Oszczędź sobie – przerwała mu. – Nie zamierzam słuchać jakichś wymysłów. Chciałeś porozmawiać o Dereku? – Skinął, więc ciągnęła dalej: - O wydaleniu w związku z ugryzieniem kolegi?
Zacisnął usta w wąską kreskę i kiwnął głową.
- Tak. Musi dostać jeszcze jedną szansę.
- Nie znam jego wcześniejszego zachowania, ale nauczycielka twojego syna twierdzi, że…
- Siostrzeńca – poprawił, obdarzając ją dobrze jej znanym uwodzicielskim uśmiechem. – Derek jest synkiem mojej siostry. Nie jestem ani nie byłem dotąd żonaty, Arielle.
Przyjęła to z ulgą. Czułość, z jaką wypowiedział jej imię, utrudniała jej zebranie myśli.
- Żeby mieć syna, nie trzeba być żonatym – sprzeciwiła się słabo.
- To kwestia wyboru. Ja na przykład nie zamierzam mieć dzieci pozamałżeńskich.
- To nie należy do sprawy, panie Forsythe.
- Mów mi Zach.
- Nie zamierzam…
Podszedł bliżej.
- Nie chcę, żebyś myślała… – zaczął.
- Nieważne, co ja myślę – ucięła. Rozpaczliwie starała się skupić na problemie. – Derek po raz trzeci w ciągu tygodnia ugryzł dziecko. – Zerknęła na stos dokumentów. – Akademia prowadzi surową politykę odnośnie do tego rodzaju zachowań.
- Rozumiem. Ale on ma dopiero cztery i pół roku. Czy nie można zrobić wyjątku? Być może nie zostałaś poinformowana o sytuacji, ale chłopiec miał ostatnio trudne przeżycia i zapewne to jest przyczyną jego agresji. Gdy się to unormuje, on także się uspokoi. To naprawdę dobre dziecko.
Stawiał ją w trudnym położeniu. Należy przestrzegać ustalonych reguł. Jeśli zrobi wyjątek dla Dereka, będzie musiała postąpić tak samo z innymi dziećmi. Nie dając mu jednak szansy, wywoła wrażenie, że mści się na nim za czyny nikczemnego wuja.
- Porozmawiam z Derekiem i wyjaśnię mu, że nie wolno gryźć innych dzieci – obiecał. Wyczuwając jej niezdecydowanie, podszedł do biurka i nachylił się do niej. – Daj spokój, kochanie. Każdy zasługuje na drugą szansę.
Pamiętając o jego nagłym zniknięciu, nie zgodziłaby się z tym stwierdzeniem. Jednak jego przeciągły teksański akcent sprawił, że zadrżała.
- No dobrze – zgodziła się wreszcie. Jego bliskość działała jej na nerwy.
Dałaby wiele, żeby poszedł sobie z jej biura i pozwolił jej wreszcie odetchnąć. Poza tym im dłużej z nią przebywał, tym większa była szansa, że zrozumie, dlaczego przez kilka tygodni rozpaczliwie próbowała go odnaleźć. W tej chwili nie była gotowa o tym mówić, nie w tym miejscu.
- Jeśli obiecujesz wytłumaczyć Derekowi, że nie wolno tak traktować kolegów, dam mu ostrzeżenie – rzekła surowo. – Jednak następnym razem nie ujdzie mu to na sucho.
- Zgoda. – Wyprostował się i włożywszy ręce do kieszeni, zakołysał się na piętach. – Skoro mamy to załatwione, pozwolę ci teraz wrócić do pracy. – Posłał jej od progu czarujący uśmiech. – Nasze spotkanie było bardzo miłą niespodzianką, Arielle.
A świnie nauczyły się latać, warknęła w duchu, z trudem tłumiąc chęć głośnego wypowiedzenia sarkazmu. Zanim zdążyła skomentować jego oczywiste kłamstwo, wypadł z biura równie szybko, jak przybył.
Arielle opadła na skórzany fotel. Co teraz będzie? - pomyślała.
Już dawno zaprzestała poszukiwań. Dziś dowiedziała się, dlaczego nie mogła go odnaleźć. Tom Zacharias po prostu nie istniał. To hotelowy magnat Forsythe trzymał ją w ramionach, kochał i… okłamał. A także mieszkał w mieście, do którego się ostatnio przeprowadziła, jego siostrzeniec zaś uczęszczał do jej przedszkola.
Ukryła twarz w dłoniach, próbując zebrać myśli. Nie miała pojęcia, co robić. Wyraźnie nie spodziewał się ponownego spotkania z nią i zbytnio go ono nie ucieszyło. Ona także nie była zachwycona sytuacją.
Zaburczało jej głośno w żołądku. Położyła na nim dłoń i przymknąwszy oczy, starała się uspokoić. Popełniła błąd, ulegając jego czarowi. I straciła tylko czas, usiłując go odnaleźć. Właśnie udowodnił, że nie był tego wart.
Niepotrzebnie się łudziła, że otrzyma sensowne wyjaśnienie jego nagłego zniknięcia przed z górą trzema miesiącami. Jakaż była naiwna i głupia! Nie było już wątpliwości, że okazał się draniem, czego się zresztą spodziewała.
Przełknęła ślinę i sięgnęła po chusteczkę. Jej oczy niebezpiecznie zwilgotniały. Przeprowadzka do Dallas miała być symbolicznym początkiem nowego życia. Zach wszystko popsuł. Nie będzie umiała o nim zapomnieć, jeśli zamierzał się od czasu do czasu pojawiać w Akademii.
Pociągnęła żałośnie nosem. Nie cierpiała się nad sobą użalać, jej łzy były także jego winą.
Czując skurcz w żołądku, wyjęła z szuflady paczkę krakersów trzymanych na takie okazje. Zach Forsythe odpowiadał za jej szalejące hormony i inne przykre problemy. Najpilniejszym z nich było wymyślenie sposobu poinformowania największego drania w Teksasie, że za pięć i pół miesiąca urodzi mu dziecko.
Zach wszedł do swego dyrektorskiego gabinetu w siedzibie Forsythe Hotel and Resort Group, wciąż jeszcze rozmyślając o nieoczekiwanym spotkaniu z Arielle Garnier. Od czasu ich wspólnego pobytu w Aspen dużo o niej myślał, nie spodziewał się jednak ponownie jej ujrzeć. A już zwłaszcza nie w przedszkolu, do którego zapisał siostrzeńca. Ni stąd, ni zowąd wpadł na kobietę, którą porzucił parę miesięcy temu.
Podszedł do biurka i zagłębił się w skórzanym obrotowym fotelu. Niewidzącym wzrokiem omiótł zdjęcia luksusowego kurortu w Aspen, wykonane z lotu ptaka. Dobrze pamiętał, że Arielle powiedziała mu, że jest nauczycielką w przedszkolu w San Francisco. Dlaczego więc przeniosła się do Teksasu? I skąd wzięła pieniądze na zakup najbardziej prestiżowego przedszkola w rejonie Dallas?
Podejrzewał, że maczali w tym palce jej starsi bracia bliźniacy. Wspominała mu, że jeden jest wziętym adwokatem od spraw rozwodowych w Los Angeles, a drugi właścicielem największej firmy budowlano-deweloperskiej na południu Stanów. Z pewnością mogli sobie pozwolić na kupno przedszkola dla siostry. To przecież oni zafundowali jej w prezencie urodzinowym tygodniowy pobyt w Aspen Forsythe Resort and Spa.
Skupiwszy wzrok na zdjęciu ośrodka w Aspen, Zach z uśmiechem wspominał pierwsze spotkanie z Arielle. Jego uwagę zwróciła jej nieskazitelna uroda. Miała twarz o porcelanowej cerze, okoloną ciemnokasztanowymi lokami, i cudowne fiołkowe oczy. W trakcie wieczoru natomiast docenił jej inteligencję i poczucie humoru. Następnego dnia zostali kochankami.
Wciąż rozmyślał o najbardziej pamiętnym tygodniu swego życia, gdy do gabinetu weszła siostra i zajęła miejsce na krześle dla gości.
- Czy rozmawiałeś z panią Montrose o Dereku? – zaczęła bez wstępów, opierając laskę o kant biurka. – Od wypadku wykazywała duże zrozumienie dla jego trudnego zachowania.
- Helen Montrose odeszła na emeryturę, Lano.
- Ach, tak? – W głosie siostry słychać było panikę. – Kto zajął jej miejsce? Co teraz będzie? Czy wytłumaczyłeś tej osobie, że Derek jest dobrze wychowanym chłopcem…
- Nową właścicielką i dyrektorką jest Arielle Garnier – odrzekł, badawczo przyglądając się siostrze. Bywały dni, gdy skutki koszmarnego wypadku ujawniały się na jej znużonej twarzy. – Obiecałem, że porozmawiam z Derekiem. Nic mu nie będzie, chyba że znów pogryzie kolegę.
- To dobrze. – Lana wydała westchnienie ulgi. – Wkrótce nasze życie wróci do normy i jestem pewna, że to wpłynie na poprawę jego zachowania. Odkąd zdjęli mi gips, mały jest spokojniejszy.
W wypadku Lana doznała złamania obu kończyn, pęknięcia żeber i obrażeń wewnętrznych. Zach nalegał, żeby wraz z synkiem przeprowadziła się do niego. Nie byłaby w stanie zaopiekować się sobą i żywym jak srebro malcem.
- Jak przebiega terapia? – spytał z troską, zauważywszy, że skrzywiła się, zmieniając pozycję na krześle.
- Jest znaczna poprawa w stosunku do oczekiwań, ale to nie ćwiczenia są przyczyną bólu – wyjaśniła. – Wszystkiemu winna pogoda. Od wypadku potrafię przepowiadać deszcze lepiej niż barometr.
Odwrócił się i spojrzał na czyste błękitne niebo z oknem.
- Dzień jest raczej ładny…
- Kolana mówią mi, że będzie lało – odparła, krzywiąc się z bólu. – Więc lepiej pamiętaj o parasolu.
- Dobrze – rzekł ugodowo. – Jeśli wolisz odpocząć, pojedź do domu, a ja poproszę Mike’a, żeby odebrał Dereka z przedszkola.
Lana skinęła i z trudem podniosła się z krzesła, sięgając po laskę.
- To dobry pomysł. Obiecałam upiec dla niego ciasteczka cynamonowe na podwieczorek. Chętnie się przedtem zdrzemnę.
- Nie przepracowuj się czasem.
- Nie martw się o mnie – odrzekła ze śmiechem.
- Jadę na weekend na ranczo – powiedział. – Może weźmiesz Dereka i pojedziesz ze mną? – Ranczo, na którym się wychowali, leżało na północ od miasta. Oboje lubili tam wypoczywać.
Potrząsnęła głową i rzekła:
- Dzięki, ale skoro już niemal doszłam do siebie, wolę poświęcić czas Derekowi. Poza tym wiesz, jak tam wygląda w czasie ulewy. Nie chcę tkwić w oczekiwaniu, aż woda opadnie. Pozdrów Mattie i powiedz jej, że wkrótce przyjadę.
- Zostawię ci Mike’a z limuzyną, może zmienisz zdanie.
- Raczej na to nie licz. – Roześmiała się i wyszła z gabinetu.
Zach wrócił do pracy. Po chwili jego myśli pomknęły ku Arielle Garnier i ich nieoczekiwanemu spotkaniu. Promieniała niezwykłym blaskiem, co go fascynowało.
Zmarszczył brwi. To niewiarygodne, ale była jeszcze piękniejsza niż w Aspen.
Ciekawe, co ją sprowadziło do Dallas. Gdy się poznali, opowiedziała mu, że urodziła się i wychowała w San Francisco i że kocha to miasto. Czy stało się coś, co zmieniło jej nastawienie? Dlaczego nie przeniosła się do Los Angeles albo Nashville, żeby być bliżej jednego z braci? Mnożyły się pytania, na które nie znajdował odpowiedzi.
- Dzięki Bogu, dziś piątek – mruknęła Arielle, owijając się szczelniej płaszczem przeciwdeszczowym i brodząc przez zalany parking w głębokiej po kostki wodzie do swego czerwonego mustanga. – Cały ten dzień był koszmarnie męczący, jak wrzód, nie powiem już gdzie.
Wiosenny deszcz zaczął padać tuż przed porą lunchu, po czym szybko zamienił się w prawdziwy potop, przez co trzeba było odwołać wycieczkę do zoo. Jakby trzydziestka rozczarowanych czterolatków była zbyt małym wyzwaniem, dziewczynka z młodszej grupy dla zabawy wepchnęła sobie do nosa ziarenko fasoli i trzeba ją było szybko zawieźć na pogotowie.
Arielle otworzyła samochód, zamknęła parasol, rzuciła go na tylne siedzenie i wsunęła się za kierownicę. Już nie mogła się doczekać, kiedy dojedzie do swojego nowego mieszkania, przebierze się w workowate spodnie od dresu i zapomni, że to wszystko się w ogóle zdarzyło. Odkąd była w ciąży, miała w zwyczaju drzemać razem z dziećmi. Ponieważ dzisiejszego popołudnia drzemka przepadła, była nie tylko zmęczona, ale i rozdrażniona.
Precyzyjnie ułożony plan zawiódł na całej linii. Gdy wycofała samochód ze swojego miejsca i pokonała połowę parkingu, silnik zakasłał, po czym zgasł. Pomimo wysiłków nie chciał zapalić. Z ciężkim westchnieniem sięgnęła po komórkę, wybrała numer pomocy drogowej i poprosiła o przysłanie lawety. Ku jej przerażeniu męski głos oznajmił, że z powodu dużej liczby wezwań pomoc przybędzie najwcześniej za kilka godzin.
Zatrzasnęła komórkę i rozejrzała się po zalanym parkingu. Nie mogła siedzieć i czekać, aż przyjedzie laweta, z drugiej strony brodzenie w wodzie po kostki również nie wydawało się zachęcające.
W tylnym lusterku zauważyła zbliżające się światła reflektorów. Potężny lincoln navigator zatrzymał się obok niej. Kierowca wysiadł, otworzył drzwi od strony pasażera i uśmiechnął się do niej, wsiadając. Zach Forsythe. Słowa wdzięczności utknęły jej w gardle.
- Co ty sobie wyobrażasz? – zawołała z oburzeniem.
- Mam wrażenie, że przybywam ci na ratunek.
- Nie potrzebuję pomocy – odparła, potrząsając głową.
- Więc dlaczego siedzisz w samochodzie pośrodku zalanego parkingu?
- Może mam taki kaprys.
- Zapal silnik, Arielle.
- Nie. – Dlaczego nie mógł jej po prostu zostawić w spokoju?
- Nie chcesz czy nie możesz? – spytał z domyślnym uśmieszkiem.
Spiorunowała go wzrokiem, po czym w końcu przyznała, że nie może.
- Tak właśnie myślałem – oznajmił z satysfakcją. – Nie chce zapalić, prawda?
- Tak.
- W takim razie faktycznie potrzebujesz mojej pomocy.
- Dzięki za propozycję, lecz jestem pewna, że rozumiesz, czemu muszę odmówić – bąknęła z uporem. Za nic nie chciała na nim polegać.
- Arielle, nie bądź śmieszna.
- Bynajmniej. Już wezwałam pomoc drogową.
- Naprawdę? – Nie wydawał się przekonany. – Kiedy zamierzają przyjechać?
- Przypuszczam, że mogą tu być w każdej chwili – skłamała, wpatrując się w ulicę. Może jeśli się dostatecznie skupi, cudownym trafem pojawi się laweta, a Zach równie cudownie zniknie.
- Wątpię, skarbie. – Nachylił się do niej, jakby chciał się z nią podzielić jakimś sekretem. – Pamiętaj, że pochodzę z Dallas. Wiem, jak tu bywa na wiosnę i ile telefonów musieli dzisiaj odebrać. Zapewniam cię, że wezwanie taksówki również nic nie da.
- Mogę poczekać, nigdzie mi się nie spieszy – zapewniła.
Ależ ten facet jest przystojny.
- Może nie zauważyłaś, ale deszcz leje i szybko nie przestanie. Będziesz miała szczęście, jeśli ściągną cię do warsztatu jutro w południe.
- Na pewno nie potrwa to aż tak długo.
- Wierz mi, może być nawet gorzej.
- Poczekam w budynku przedszkola, aż przyjedzie laweta – powiedziała, rozmyślając gorączkowo. Nocleg na wąskiej kanapie w gabinecie nie wydawał się zbyt kuszący, lecz było to lepsze niż przyjęcie pomocy od kłamliwego gada Zacha Forsythe’a.
Długo mierzyli się wzrokiem. W końcu Zach przemówił:
- Pozwól, że coś wyjaśnię, kochanie. Albo wsiądziesz do mojego auta i pozwolisz mi się odwieźć do domu, albo będę tu z tobą siedział tak długo, aż przyjedzie laweta.
- Nie możesz tego zrobić.
Skrzyżował ramiona i rozparł się wygodniej w fotelu.
- Czyżby?
Jego zdradzający pewność siebie uśmiech i aroganckie maniery działały jej na nerwy.
- Jestem pewna, że masz dziś wieczorem znacznie ciekawsze zajęcia niż siedzenie tu ze mną na parkingu. Więc zajmij się nimi.
- Przeciwnie, nie mam.
- Więc czemu sobie czegoś nie wymyślisz i nie zostawisz mnie w spokoju?
Czuła nieprzyjemny ucisk w żołądku. Im dłużej z nim przebywała, tym bardziej rosła szansa, że Zach pozna, że ona jest w ciąży.
Znowu ta sama zabawa.
Lauren Lynch przemaszerowała przez hol krokiem szturmowym i dźgnęła przycisk windy tak mocno, że zabolał ją palec. Za każdym razem, kiedy przyrodni brat dzwonił z poleceniem, żeby stawiła się w jego biurze, czuła się jak uczennica, którą wezwano na dywanik do dyrektora szkoły.
Trent nie życzył sobie jej obecności w firmie i okazywał jej to bez najmniejszego skrępowania. Nie mógł jej wyrzucić, bo Lauren została zatrudniona jako pilot w Hightower Aviation Management Corporation na wyraźne życzenie ich matki. A ponieważ Jacqueline Hightower była prezesem zarządu i głównym udziałowcem, jej życzenie było dla Trenta rozkazem. Znosił więc obecność przyrodniej siostry, lecz jednocześnie robił wszystko, żeby zamienić jej życie zawodowe w piekło, licząc na to, że odejdzie z pracy lub popełni błąd, który ją zdyskwalifikuje. Od długich sześciu tygodni Lauren dwoiła się i troiła, żeby spełnić wymagania najbardziej kapryśnych klientów Hightower Aviation, dokonywała cudów zręczności, lądując na małych, niespełniających standardów lotniskach, i testowała swoją wytrzymałość, dyżurując w kokpicie po kilkanaście godzin.
Mogła się założyć, że dzisiejsza wizyta w biurze Trenta zapowiada następną porcję tego typu atrakcji. Obserwując, jak winda mija kolejne piętra, wspinając się płynnie ku królującemu na najwyższej kondygnacji gabinetowi szefa, wyrównała oddech i nakazała sobie spokój. Nie da przyrodniemu bratu satysfakcji, pozwalając, by wyprowadził ją z równowagi. Przeciwnie, udowodni mu, że potrafi poradzić sobie z każdym wyzwaniem, które jej rzuci. Nawet jeśli tym razem każe jej oddzielać ziarnka maku od piasku lub robić coś równie absurdalnego, okaże wyłącznie profesjonalne opanowanie. Nie ucieknie z podkulonym ogonem, nie zniknie z życia Hightowerów, spełniając w ten sposób marzenie Trenta i dwojga z trójki jego rodzeństwa.
W gruncie rzeczy, niespecjalnie się dziwiła Hightowerom. Dlaczego mieliby być do niej pozytywnie nastawieni? Stanowiła przecież żywy dowód cudzołóstwa popełnionego dwadzieścia sześć lat temu przez Jacqueline Hightower. Dzieciom Jacqueline nie mogło być miło, kiedy się dowiedziały, że ich matka przez lata wplątana była w pozamałżeński romans z pilotem z Daytony, a teraz, gdy jej kochanek nie żył, wpadła na pomysł, żeby wprowadzić do rodziny córkę z nieprawego łoża, o której istnieniu żadne z nich dotąd nie słyszało.
Cóż, antypatia była obustronna. Zdaniem Lauren Hightowerowie, może za wyjątkiem najmłodszej siostry Trenta, Nicole, byli cynicznymi bogaczami, tak bardzo zajętymi liczeniem pieniędzy, że nie stać ich było na zwyczajne, ludzkie odruchy. Gdyby tylko miała wybór, jeszcze w tej samej chwili zatrzymałaby windę, zjechała na parter i nie oglądając się za siebie, wróciła na ukochaną Florydę. Niestety, nie było to możliwe. Istniał bardzo ważny powód, dla którego musiała uczynić zadość życzeniu matki i ułożyć stosunki z nową rodziną tak poprawnie, jak to tylko możliwe. Tylko Jacqueline bowiem mogła wyjaśnić tajemnicę śmierci jej ojca. Czy samolot, który oblatywał, rozbił się przez przypadek, czy... ojciec popełnił samobójstwo? Jacqueline była ostatnią osobą, z którą rozmawiał tamtego fatalnego dnia, zanim usiadł za sterami samolotu i odbył swój ostatni, tragiczny lot. Jeśli planował desperacki krok, nie zdołałby ukryć tego przed kobietą, która była matką jego córki i miłością jego życia.
Praca w Hightower Aviation, rodzinnej firmie Hightowerów, stanowiła okazję, by wypytać matkę o ostatnie chwile spędzone z ojcem. Dlatego Lauren bez wahania ją przyjęła. Niestety, minęło już sześć tygodni, a Jacqueline wciąż wykręcała się od rozmowy z córką. Lauren nie pozostawało nic innego, jak starać się utrzymać na stanowisku, mimo tego że przyrodni brat rzucał jej kłody pod nogi, i wykorzystywać każdą okazję, by dowiedzieć się czegoś od matki. Śledztwo Komisji Bezpieczeństwa Transportu Lotniczego ciągnęło się w nieskończoność i Lauren zaczynała tracić cierpliwość. Nie wierzyła, by ojciec mógł się targnąć na własne życie, ale alternatywne wyjaśnienie nie było nawet odrobinę bardziej kojące. Ojciec zginął, oblatując samolot, przy którym wcześniej razem pracowali. Lauren osobiście dokonała kilku interesujących modyfikacji w mechanice silników. Jeśli wypadek był spowodowany awarią sprzętu, ponosiła odpowiedzialność za śmierć ojca.
Gorzki, nieznośny ból przeniknął ją obezwładniającą falą, jak zawsze, kiedy na nowo uświadamiała sobie, że straciła najbliższego człowieka. Człowieka, który samotnie ją wychował i nauczył robić to, co kochała ponad wszystko – latać.
- Dla ciebie, tato – wyszeptała, kiedy winda zatrzymała się na piętrze dyrekcji. – Dla ciebie, wujka Lou i Falcon Air.
Wepchnęła ochronne rękawice do kasku motocyklowego, głęboko nabrała powietrza, jak przed skokiem do lodowatej wody, i zdecydowanie ruszyła w stronę biurka osobistej sekretarki Trenta Hightowera. Grube podeszwy jej czarnych, skórzanych butów do kolan zapadały się w kremowym, puszystym dywanie, który zdobił marmurową podłogę holu. Lauren jak zwykle poczuła się nieswojo. Przepych, którym otaczali się Hightowerowie, stanowczo nie był w jej guście. Ona czuła się w swoim żywiole w pachnących benzyną i smarem, wybetonowanych hangarach, za sterami samolotu albo w siodle swojego Harleya. Tutaj, w wymuskanym wieżowcu ze szkła i marmuru, miała wrażenie, że się dusi.
Nie zamierzała jednak pokazać po sobie tremy – nie wobec Kobiety-Sfinksa, która strzegła wejścia do gabinetu Trenta. Powiedziała sobie twardo, że skoro potrafi bez lęku stawić czoło nawałnicy, siedząc za sterami samolotu, poradzi sobie również z przyrodnim bratem i jego sekretarką. Rozciągając usta w imponująco szerokim uśmiechu, spojrzała w pozbawione wyrazu oczy Kobiety-Sfinksa.
- Witaj, Becky. Szef chciał mnie widzieć. Mówił, że to pilne.
- Może pani wejść, panno Lynch – odezwała się sekretarka idealnie bezosobowym tonem. – Zawiadomię prezesa, że wreszcie się pani zjawiła – dodała, ostentacyjnie spoglądając na zegarek.
- Dziękuję. – Lauren uśmiechnęła się szerzej, choć w duchu klęła jak szewc. Jeszcze parę tygodni treningu pod okiem Becky, a tak dobrze nauczy się ukrywać emocje, że będzie mogła podreperować swoją sytuację finansową, grając w pokera. Nie wdając się w dalsze dysputy, pchnęła ciężkie, mahoniowe drzwi prowadzące do „sali tronowej”.
Trent królował za ogromnym biurkiem, rozparty w fotelu wyłożonym czarną skórą. Gdy weszła, podniósł głowę i obdarzył ją spojrzeniem, w którym wyższość mieszała się z niechęcią.
- Próbowałeś się ze mną skontaktować? – rzuciła Lauren, rozpinając skórzaną kurtkę.
Pytanie było retoryczne. Odebrała wiadomość, kiedy była w trakcie rajdu motocyklem po okolicach Knoxville. Nie sądziła, by jej przyrodni brat był w stanie zrozumieć, jaką frajdę sprawiała jej szybka jazda mało uczęszczanymi drogami, wijącymi się wśród łagodnych wzgórz. Dla dziewczyny, która wychowała się w płaskiej jak naleśnik Daytonie, to był raj na ziemi.
Nie odpowiedział. Marszcząc brwi, zmierzył jej czarny, obcisły strój motocyklistki spojrzeniem, które wyrażało dezaprobatę dobitniej niż słowa. Lauren nie spuściła wzroku. Wyszczerzyła zęby w uśmiechu, który można było uznać za słodki i naiwny, jeśli się nie zauważyło bezczelnego błysku w jej oczach. Właśnie się miała rozsiąść w fotelu naprzeciwko Trenta, kiedy poczuła mrowienie na karku, jakby ktoś intensywnie się w nią wpatrywał.
Zaskoczona, obróciła się błyskawicznie i spojrzała prosto w skupione, ciemne oczy. Mężczyzna o pociągłej twarzy i gęstej czuprynie, tak czarnej, jak pióra gawrona, podniósł się z fotela stojącego w głębi gabinetu. Niespiesznie przesunął wzrokiem po jej sylwetce. Niemal poczuła, jak zatrzymuje spojrzenie na jej niespecjalnie eleganckiej fryzurze – nie upięła włosów, kiedy zdjęła kask, więc teraz okrywały jej szczupłe ramiona lekko wzburzoną, ciemnozłotą kaskadą. Potem przyjrzał się jej krótkiej kurtce i obcisłym spodniom, które w żaden sposób nie maskowały jej figury. Lauren nie wątpiła, że podobnie jak Trent, ciemnowłosy nieznajomy przywykł do towarzystwa kobiet, które nosiły stroje od najsłynniejszych kreatorów mody, a nie skóry i ciężkie buty na wibramowych podeszwach, ale nie dbała o to.
Uniosła wyżej głowę i odrzuciła włosy na plecy, odpowiadając nieznajomemu równie bezpośrednim, uważnym spojrzeniem. Elegancki garnitur leżał na nim lepiej niż na niejednym męskim modelu, i nic dziwnego, bo był fantastycznie zbudowany. Miał szerokie ramiona, wąskie biodra i mocne, długie nogi. Był ponadprzeciętnie wysoki. Zmarszczki w kącikach oczu zdradzały, że musiał zbliżać się już do czterdziestki, a zdecydowanie zarysowana szczęka świadczyła o stanowczości i pewności siebie. Jeśli miał zostać jej nowym klientem, szła o zakład, że charakter miał równie paskudny, jak wszyscy biznesmeni, których dotąd obsługiwała.
- Lauren Lynch – przedstawiła się, robiąc krok w stronę nieznajomego i wyciągając rękę. – Miło mi pana poznać, panie...
- Gage Faulkner. – Dłoń miał przyjemnie ciepłą, uścisk krzepki. Lauren poczuła nagle, że brak jej tchu, zupełnie jakby nieznajomy ścisnął jej serce, a nie rękę. Zaskoczona, odruchowo chciała się cofnąć, ale on nie puścił jej dłoni. W jego ciemnych oczach nie było sympatii, kiedy spojrzał na Trenta ponad jej ramieniem.
- Mam wrażenie, że panna Lynch jest o wiele za młoda, by być zawodowym pilotem.
- Nie sądzisz chyba, że mógłbym ci zaproponować usługi pracownika, który nie posiada odpowiednich kwalifikacji – odparł Trent sztywno.
Lauren nie była przyzwyczajona do tego, by w jej obecności rozmawiano o niej tak, jakby była sprzętem, nieposiadającym świadomości ani tym bardziej godności osobistej.
- Mam dwadzieścia pięć lat. – Gwałtownie skręcając nadgarstek, uwolniła dłoń z uścisku Faulknera, tak jak nauczył ją tego pewien ochroniarz, pracujący dla Falcon Air. – I od dnia moich szesnastych urodzin posiadam licencję pilota. Mam za sobą sześć lat doświadczenia zawodowego. Jako pilot samolotów i śmigłowców czarterowych wylatałam ponad dziesięć tysięcy godzin.
Gage przeniósł na nią chłodne spojrzenie i uśmiechnął się lekko. Zauważyła, że miał piękne usta, jakby wyrzeźbione przez utalentowanego, romantycznego artystę. Usta, które cudownie byłoby całować...
To jest klient Hightower Aviation. Czerwone, ostrzegawcze światła rozbłysły w jej głowie, sygnalizując, że ten pas startowy jest zamknięty. Jakiekolwiek relacje z klientem wykraczające poza sferę zawodową oznaczały natychmiastową utratę pracy. Czyżby Trent wpadł na genialny pomysł, by zastawić na nią pułapkę, jako przynęty używając klienta o zniewalającym uroku? Niewykluczone. Skoro dotąd jego knowania nie przyniosły pożądanych rezultatów, mógł się chwycić tak desperackiego sposobu. Siadając w fotelu, spojrzała spod rzęs na przyrodniego brata i omal nie zaczęła chichotać. Czy ten buc naprawdę sądzi, że nie będzie się umiała oprzeć męskim wdziękom? Jeśli tak, to się przeliczy. Lauren miała na kim ćwiczyć asertywność. Odkąd pamiętała, otaczał ją wianuszek facetów. Nie była żadną miss piękności, nic z tych rzeczy, ale obracała się w środowisku, gdzie kobiety były jak rodzynki w cieście. Małe lotniska roiły się od młodych, wolnych i często bardzo energicznych mężczyzn. Lauren odebrała od życia kilka dobrych lekcji i nauczyła się stawiać granice w sposób niewzbudzający żadnych wątpliwości.
Trent posłał jej spojrzenie zdolne zamrozić gejzer w momencie erupcji.
- Gage, wybacz, proszę, nieodpowiedni strój Lauren. Zapewniam cię, że w Hightower Aviation mamy kodeks dotyczący stroju, który nasi pracownicy są obowiązani respektować.
- Kiedy ostatnio sprawdzałam, w kodeksie nie było wzmianki o obowiązku noszenia uniformu w dni wolne od pracy – rzuciła Lauren, zakładając nogę na nogę. – Przyjechałam natychmiast po otrzymaniu wezwania, choć dziś nie jestem w grafiku. Sądziłam, że bardziej zależy ci na oszczędności czasu klienta niż na pozorach. Teraz jednak sama nie wiem, czy jestem tu w sprawie pracy, czy na musztrze.
- Licz się ze słowami, Lauren – warknął Trent. – Jesteś tu, żeby poznać pana Faulknera. Będzie korzystał z usług naszej firmy. Obsłużysz jego loty.
I to wszystko? Skoro chodziło o normalne zlecenie, dlaczego miała poczucie, że przyrodni brat właśnie odbezpieczył granat, który za chwilę rzuci jej pod nogi?
- Dokąd polecę? – spytała, podejrzewając, że diabeł tkwi w szczegółach. – I czym?
Zaraz z pewnością usłyszy, że Faulkner planuje wysłać nieogrzewany samolot transportowy na Syberię lub małą awionetkę do nękanego huraganami, pełnego żarłocznych moskitów kraiku, posiadającego lotnisko z jednym, błotnistym pasem startowym.
- Pan Faulkner będzie czarterował różne samoloty, w zależności od długości trasy i liczby osób towarzyszących. Będziesz latała głównie średniej wielkości odrzutowcami, czasem helikopterem albo cessną.
To brzmiało stanowczo zbyt pięknie. Hightower Aviation miała w hangarach kilka prawdziwych cacek, których dotąd nie wolno jej było nawet tknąć. Czyżby dziś był dzień dobroci dla przyrodnich siostrzyczek?
- Przydzielam cię Gage’owi na cały czas trwania jego kontraktu z Hightower Aviation. Będziesz dyspozycyjna dwadzieścia cztery godziny na dobę, począwszy od jutra, piąta rano.
- Wycofujesz mnie z grafiku? - A więc tak wyglądała druga strona medalu. Lauren przygryzła wargę, starając się opanować narastającą wściekłość. Wycofanie z grafiku było jak szlaban. Nie dość, że pilot musiał tkwić przy telefonie non stop, by się stawić na każde skinienie klienta, to jeszcze w rzeczywistości latał mniej niż w przypadku normalnej rotacji, a przez to i mniej zarabiał. Lauren nie zrobiła nic złego, a czuła się tak, jakby ją postawiono w kącie. W dodatku nie mogła protestować ani nawet zażądać wyjaśnień, bo rozmowa odbywała się w obecności klienta. Jej matka nigdy by nie pozwoliła...
Nie. Nie pobiegnie na skargę do mamusi. Nie miała zwyczaju chować się za czyjąś spódnicą. I z całą pewnością nie chciała zmuszać Jacqueline, by wybierała, czy ma się opowiedzieć po stronie syna, czy córki. Ta sprawa była między nią a Trentem. I Lauren nie zamierzała pozwolić mu wygrać.
Nie daj się wytrącić z równowagi. On tylko na to czeka, powiedziała sobie.
- Becky poda ci informacje dotyczące najbliższego lotu – uciął Trent, nie zadając sobie trudu, by odpowiedzieć na jej pytanie, po czym podniósł się z fotela i odprawił ją iście królewskim skinieniem głowy.
Faulkner wstał również.
- Cieszę się, że będziemy współpracować, Lauren – powiedział z uprzejmym uśmiechem, ale jego oczy pozostały zimne i czujne. Odpowiedziała mu podobnie chłodnym spojrzeniem.
- Ja także, panie Faulkner.
Obróciła się na pięcie i wyszła z gabinetu, stawiając zamaszyste kroki w swoich ciężkich buciorach, świadoma, że odprowadzają ją dwie pary niechętnych oczu. Dlaczego Trent życzył sobie, żeby to właśnie ona obsługiwała Faulknera, skoro najwyraźniej nastawił go do niej negatywnie? Dziwna, pokrętna logika.
Nie dotarła jeszcze do biurka Kobiety-Sfinksa, kiedy dogonił ją Trent.
- Gage jest moim bliskim przyjacielem – powiedział, kładąc rękę na jej ramieniu i ściszając głos, tak by tylko ona go słyszała. - Nie schrzań tego zlecenia, jeśli zależy ci na pracy.
Lauren znieruchomiała w pół kroku. Tak jak przeczuwała, Trent miał w zanadrzu granat i właśnie rzucił go jej pod nogi. A więc będzie latać z przyjacielem rodziny. Innymi słowy, ze szpiegiem. Kolejny wzruszający przejaw zaufania i braterskiej miłości. Czy Trent naprawdę ma ją za idiotkę, która da się przyłapać na błędzie? Była na to o wiele za dobra. Dopóki nie uzyska informacji, po którą tu przyjechała, będzie chodzić jak w zegarku. Nie pozwoli nawet, by jej czapka od munduru przekrzywiła się bardziej niż to dopuszczalne w regulaminie. Ale gdy tylko matka zdecyduje się w końcu zdradzić jej treść swojej ostatniej rozmowy z ojcem, powie przyrodniemu bratu kilka słów gorzkiej prawdy.
- Niczego nie schrzanię, braciszku. – Uśmiechnęła się i beztrosko poklepała go po ręce, którą wciąż trzymał na jej ramieniu. – Będę latać tak ostrożnie, jakbym miała na pokładzie ładunek zgniłych jaj, a nie twojego kumpla.
Zauważyła, że Trent gniewnie zacisnął szczęki. Jeden zero dla przyrodniej siostrzyczki, pomyślała z uciechą. Ale walka się jeszcze nie skończyła.
Anioł czy diablica?
Gage odprowadził spojrzeniem Lauren Lynch, kiedy maszerowała do wyjścia z gabinetu. Ta dziewczyna była ucieleśnionym paradoksem. Miała ogromne, świetliste oczy w ciepłym odcieniu mocnego piwa, pełne, bladoróżowe wargi i drobną twarz o jasnozłotej cerze w obramowaniu gęstych, prostych włosów w kolorze ciemnego miodu. Można by ją uznać za słodką laleczkę, gdyby nie jej bystre spojrzenie, cięty język i czarny, skórzany strój o zadziornej linii, który w niezwykle interesujący sposób podkreślał dziewczęcą smukłość jej wysokiej sylwetki i bardzo ponętne, kobiece krągłości.
Potrząsnął głową, przywołując się do porządku. Wdzięki tej pilotki były ostatnią rzeczą, która powinna zaprzątać jego uwagę w tej chwili. Trent zaprosił go tu, mówiąc, że potrzebuje pomocy, a Gage wiele mu zawdzięczał. Jeśli nadarzała się okazja, by wyświadczyć przysługę przyjacielowi i spłacić honorowy dług, który zaciągnął przed laty, powinien maksymalnie ją wykorzystać.
O serii - Gorący Romans DUO
To powieści o dynamicznej i pełnej zaskakujących wydarzeń akcji. Głównych bohaterów łączy gorące uczucie, ale sytuacja, miejsce, a czasem ich rodzina nie pozwalają na pełny rozkwit związku. Wbrew pozorom przeciwności losu zbliżają bohaterów do siebie i powodują wzmocnienie uczucia, które ku zaskoczeniu wszystkich ma szansę przetrwać.
Książki z tej serii gwarantują niezapomniane przeżycia i doznania, opisując miłość gwałtowną i pełną namiętności.
Seria ukazywała się do grudnia 2011.
Chcą przeczytać tę książkę (8)
Przeczytali tę książkę (10)
Czytelniczki, które interesował ten produkt, oglądały również:
-
Barwy uczuć
- Autor:
- Nora Roberts
- Seria:
- Satine
- Ocena:
-
- Cena:
- 19.99 zł
- Kup taniej:
-
-
Pożegnanie z przeszłością
- Autor:
- Robyn Carr
- Seria:
- Powieść Obyczajowa
- Ocena:
-
- Cena:
- 34.99 zł
- Kup taniej:
-
-
Uroda życia
- Autor:
- Nora Roberts
- Seria:
- Romans
- Ocena:
-
- Cena:
- 29.99 zł
- Kup taniej:
-
Opinie czytelników
-
asiak85
napisała: Nie pamiętam już co mnie skłoniło do przeczytania Skradzionego serca, ale nie żałuje.
To była dobra bajka na dobranoc, ale bez żadnych zachwytów z mojej strony.
Rejestracja użytkownika
Zarejestruj się w naszym serwisie, by oceniać książki, dodawać opinie oraz spotkać osoby, które tak jak Ty lubią czytać książki.
Zapisz się na newsletter, a otrzymasz prezent w postaci eBooka „Raj na Ziemi”, Mary Alice Monroe
Masz już konto?
Zaloguj się
Hity Miesiąca
-
1. W cieniu starych drzew
- Autor:
- Seria:
- Satine
- Ocena:
-
- Cena:
- 19.99 zł
- Kup taniej:
-
-
2. Bratnie dusze
- Autor:
- Seria:
- Romans
- Ocena:
-
- Cena:
- 34.99 zł
- Kup taniej:
-
-
3. Trzej bracia
- Autor:
- Seria:
- Romans
- Ocena:
-
- Cena:
- 34.99 zł
- Kup taniej:
-
Top 10 Tygodnia
-
1. Pozory mylą, W zamku nad Loarą
- Autor:
- Seria:
- Światowe Życie DUO
- Ocena:
-
- Cena:
- 14.99 zł
- Dostępność książki:
- Wyprzedane
-
2. Koło fortuny
- Autor:
- Seria:
- Romans
- Ocena:
-
- Cena:
- 9.99 zł
- Kup taniej:
-
-
3. Serce milionera
- Autor:
- Seria:
- Światowe Życie
- Ocena:
-
- Cena:
- 9.99 zł
- Kup taniej:
-
-
4. Na paryskich salonach
- Autor:
- Seria:
- Światowe Życie
- Ocena:
-
- Cena:
- 9.99 zł
- Kup taniej:
-
-
5. Niezapomniany wernisaż
- Autor:
- Seria:
- Światowe Życie Extra
- Ocena:
-
- Cena:
- 9.99 zł
- Kup taniej:
-
Nowość
Nowość
Kłopotliwy spadek
- Autor:
- Seria:
- Gwiazdy Romansu
- Ocena:
-
- Cena:
- 12.99 zł
- Kup taniej:
-
Bezpłatny Newsletter
Zapisz się. Poinformujemy Cię o promocjach i konkursach z nagrodami.