Ślub w muzeum, Spotkanie w Singapurze
Kate Hardy, Kelly Hunter
- Średnia ocena:
- 4 (2 głosy)
- Ocena:
-
- Seria:
- Światowe Życie DUO
- Liczba stron:
- 320
- Oprawa:
- miękka
- ISBN:
- 9788323881322
- W sprzedaży od:
- 19.10.2011
- Cena:
- 14.50 zł
- Dostępność książki:
- Wyprzedane
Zarejestruj się i:
-
Oceń książkę
Zaznacz tyle gwiazdek na ile oceniasz książkę
- Oznacz jako przeczytaną
- Chcę przeczytać tę książkę
- Skomentuj tę książkę
-
O książce
Daisy poświęciła dziesięć lat rodzinnej firmie, która teraz stoi na skraju bankructwa. Na szczęście szybko znajduje inwestora, Feliksa Gisbourne’a, uważanego w branży za cudotwórcę. Przystaje na dyktowane przez niego warunki, ale nie spodziewa się, że ta współpraca wiele zmieni również w jej życiu prywatnym…
Luke planował tygodniową wizytę w Singapurze. Siedem dni to dosyć, by odwiedzić braci, jednak stanowczo za mało, by dobrze poznać fascynującą kobietę. Luke jest tak oczarowany Madeline, że coraz bardziej zwleka z wyjazdem. Marzy, by ich burzliwy romans przerodził się w poważny związek. Jednak dla Madeline to tylko miła przygoda…
Fragment książki:
- Oto i my - powiedział Bill, uśmiechając się na powitanie. - Właściwie na razie tylko ja, ale powinieneś poznać moją zastępczynię.
Mówi o Daisy Bell, dziewczynie z fotografii, która zarządza miasteczkiem, pomyślał Felix. Robił sobie wyrzuty, że tak bardzo chciał ją poznać. Na pewno miała męża lub była z kimś związana. Zresztą co mnie to ogóle obchodzi. Przecież przyjechałem tu w interesach, a nie w pogoni za wielką miłością, pomyślał zgryźliwie.
Jednak nie potrafił zapomnieć jej twarzy, od tygodnia śniła mu się każdej nocy, więc czuł się trochę niepewnie, wiedząc, że zaraz ją pozna.
- Powinna już tu być, ale zapewne, jak to ma w zwyczaju, nie zwróciła uwagi, która godzina - odezwał się Bill.
Jak mogła zapomnieć o spotkaniu, od którego zależała przyszłość muzeum? Jego długofalowy rozwój lub błyskawiczne bankructwo? Takie postępowanie kłóciło się z wizerunkiem załamanej kobiety z pierwszej strony lokalnej gazety. Może chodziło o przynętę dla naiwnych? - pomyślał nieufnie Felix. Umieszcza się fotkę zapłakanej, ładnej dziewczyny. Jej uroda okraszona nieszczęściem ściąga różnych chętnych do chronienia jej i zainwestowania w upadające wesołe miasteczko...
Nie, akurat tutaj taka zagrywka jest niemożliwa. Życie uczyniło ze mnie cynika, powiedział sobie. William Bell sprawiał wrażenie przyzwoitego człowieka, natomiast Daisy na zdjęciu ubrana była w spodnie i zwykłą bawełnianą koszulkę. Nie miała powiewnej sukienki i wysokich obcasów. Nie wyglądała frywolnie i zalotnie jak Tabitha. Daisy była małą brunetką jak jego eksnarzeczona, ale to jeszcze nie znaczyło, że miała taki sam charakter. Tabitha po bliższym poznaniu okazała się głupsza od pudla, do tego notorycznie kłamała.
Dlaczego nie wyszła na spotkanie? - zastanawiał się coraz bardziej podejrzliwie. Może wcale nie zależy jej na wesołym miasteczku? Jeśli mam zainwestować w muzeum i rozkręcić biznes, a Daisy będzie próbowała cokolwiek utrudniać, to szybko się przekona, że potrafię rządzić żelazną ręką.
- Poszukajmy jej w warsztacie, bo tam pewnie jest – powiedział Bill. - Przy okazji oprowadzę cię po muzeum.
Gdy Felix zobaczył parterowy budynek z pustaków przykryty dachem z falistej blachy, poczuł się jeszcze bardziej rozczarowany. Co Daisy robiła w warsztacie? Gawędziła z mechanikiem, zamiast pracować? Jednak zaraz po wejściu do środka zatrzymał się zaskoczony, usłyszał bowiem śpiew. Kobiecy głos całkiem nieźle radził sobie z trudną frazą.
- A nie mówiłem? - Bill uśmiechnął się pod nosem. - Praca dobrze jej idzie, więc nie zwróciła uwagi, jak szybko mija czas. Gdyby miała kłopoty, panowałaby tu grobowa cisza.
- Jaka praca? - spytał Felix.
- A cóżby innego jak nie naprawa silnika? Nie mówiłem ci, że Daisy jest tu również głównym mechanikiem?
- Słucham? Nie, nie mówiłeś, nikt też o tym nie wspomniał ani w gazecie, ani na waszej stronie internetowej. Mechanikiem? – powtórzył zdumiony.
- Muszę cię uprzedzić, że jest przewrażliwiona na seksistowskie gadki - powiedział Bill. – I reaguje naprawdę ostro. Ma trzech starszych braci, więc doskonale wie, jak bronić i siebie, i własnego zdania.
- Rozumiem. - Felix do wizerunku Daisy wprowadził drobne korekty. Przewrażliwiona panna mechanik. Ciekawe, naprawdę ciekawe. Kobieta mięśniak, krótkie włosy, tatuaż, kolczyk w nosie...
Jednak dziewczyna ze zdjęcia w gazecie nie tak wyglądała. Co prawda nie nosiła powiewnej sukienki i miała włosy zaczesane do tyłu, ale na pewno nie przypominała napakowanego faceta.
Gdy weszli do środka, od razu zobaczył na podłodze nogi w jasnoczerwonych tenisówkach w barwne stokrotki. Wystawały spod wielkiego silnika. Jeśli Daisy Bell nosiła tak niecodzienne obuwie, sama musiała być niezwykłą osobą, pomyślał. Od bardzo dawna nikt go tak nie zaintrygował.
Na szczycie maszyny leżał rudy kot wygodnie zwinięty w kłębek.
- Powiedz jej, że ma gości – z powagą zwrócił się do niego Bill.
Ku zaskoczeniu Feliksa, kot zeskoczył na podłogę i wszedł pod silnik. Po chwili usłyszeli głośne uderzenie i śpiew ustał.
- Och! – jęknęła z czeluści Daisy.
- Wpół do jedenastej, kochanie! - zawołał Bill.
- Do diabła! Tylko mi nie mów, że już przyjechał. Zdążę się przebrać? - Jakaś metalowa część potoczyła się po betonie, a spod maszyny wychynęła młoda, drobniutka kobietka.
Felix nie miał wątpliwości, że już ją widział na fotografii, choć wyglądała... No cóż, miała na głowie okropną i za dużą czapkę, która dokładnie zasłaniała jej włosy, ubrana była w bezkształtny, poplamiony kombinezon roboczy, dłonie i twarz ubrudziła smarem... Lecz emanowała czymś trudnym wprawdzie do określenia, co jednak z miejsca wzbudzała sympatię. Zauważył też, że wyglądała młodziej niż na zdjęciu. Miała dwadzieścia, może dwadzieścia jeden lat, na pewno nie więcej.
Nie była długonogą blondynką, czyli kompletnie nie w jego typie, gdy jednak spojrzał w niebieskozielone oczy, poczuł trudną do określenia bliskość.
- Kochanie, prawdę mówiąc, przyszedł trochę za wcześnie. - Bill spojrzał na Feliksa. - Oto Daisy Bell, moja bratanica, główny mechanik i druga osoba w firmie. Daisy, to Felix Gisbourne.
Dlaczego nie poprosiłam, żeby ktoś mnie zawołał pół godziny przed jego przyjściem? – wyrzucała sobie. Przynajmniej mogłaby mu w cywilizowany sposób podać rękę na powitanie, a tak, choć wytarła dłonie w szmatę, mogła tylko skinąć głową, a brudne ręce smętnie opuścić.
- Przepraszam. - Skrzywiła się. - Nadal brudzę smarem, więc musimy obejść się bez uścisku dłoni.
- Oczywiście. - Felix skłonił się lekko.
Był zupełnie inny, niż sobie wyobrażała. Spodziewała się kogoś koło pięćdziesiątki, a nie młodego mężczyzny, który był od niej niewiele starszy. Oceniła, że ma niecałe trzydzieści lat. Wyglądał wspaniale. Wysoki, ciemnowłosy, z ciemnoszarymi oczami i zmysłowymi ustami. Gdyby jego zdjęcie pojawiło się w ilustrowanym czasopiśmie, każda kobieta zwróciłaby na niego uwagę. Jako model mógłby zarobić fortunę.
Jeśli nawet nigdy nie pracował jako model, doskonale wiedział, jak się ubierać. Garnitur niewątpliwie został uszyty na zamówienie przez dobrego krawca. Do tego biała koszula i dyskretny krawat. Daisy zwróciła też uwagę na buty. Włoskie, ręczna robota, pomyślała.
Był nieskazitelnie zadbany. Idealnie przystrzyżone włosy, gładko ogolony, a buty lśniły z daleka. Musiał przywiązywać wielką wagę do wyglądu. Skrzywiła się. Taki mężczyzna na pewno oczekiwał, że kobiety, z którymi się spotyka, spędzają długie godziny u fryzjera i w gabinetach urody. To na pewno nie było w jej stylu.
Dotychczas miała nadzieję, że Felix zainwestuje pieniądze w ich skromną działalność, jednak teraz zmieniła zdanie. Ktoś taki miałby ubrudzić sobie wypielęgnowane dłonie? Wykluczone! Jeśli jednak zdecyduje się wyłożyć kapitał i zaprowadzać swoje rządy, to nie ma o czym mówić.
- Wszystko w porządku? - spytał Bill, widząc jej ponurą minę.
- Tak. Po prostu uderzyłam się w głowę, gdy Titan pacnął mnie łapą w ucho.
- Kot pacnął cię w ucho? - upewnił się Felix.
- Zawsze tak robi, kiedy jest głodny albo gdy ktoś mnie szuka - wyjaśniła Daisy. - Jeśli pracuję przy jakimś urządzeniu, nie zawsze słyszę czyjeś kroki. Wtedy wystarczy kazać Titanowi, by mnie poszukał. Chyba myśli, że jest psem, może nawet człowiekiem? Sama nie wiem, to jego tajemnica.
Kot zeskoczył z maszyny na jej ramię. Gdy podrapała go za uszami, zareagował głośnym mruczeniem.
- Jak rozumiem, mówić też potrafi? - spytał Felix z przesadnie poważną miną.
Daisy uśmiechnęła się szeroko. Jeśli ten facet ma poczucie humoru, to może uda się z nim dogadać, pomyślała z nadzieją.
- Próbowałam go uczyć ludzkiej mowy, ale odrzucił to ze wzgardą – oznajmiła ze smutkiem. – Jest kocim patriotą i koci język uważa za najpiękniejszy w całym kosmosie.
- Daisy, możesz mnie zastąpić i oprowadzić Feliksa po terenie? - poprosił Bill.
- Oczywiście. - Spojrzała na wuja. Ostatnio nie wyglądał najlepiej. Postanowiła porozmawiać z Nancy. Bill nie miał zwyczaju zwierzać się ze zdrowotnych kłopotów. A może tylko martwił się o przyszłość wesołego miasteczka? - próbowała się pocieszać. Sama też miała za sobą kilka bezsennych nocy, ale wiedziała, że musi dać z siebie wszystko, by przekonać Feliksa do inwestycji. Nie mogła zawieść wuja, pracowników ani wolontariuszy, którzy byli z nimi od lat.
Delikatnie zdjęła kota z ramienia i postawiła go na maszynie.
- Idziemy na spacer. Do zobaczenia. - Odwróciła się do Feliksa. - Panie Gisbourne, co chciałby pan obejrzeć w pierwszej kolejności?
- Proszę mi mówić Felix. Wolę rozmawiać mniej oficjalnie.
- W takim garniturze? - wyrwało się jej, poczym zasłoniła dłonią usta. - Przepraszam. Proszę zapomnieć, że to powiedziałam.
- Nic się nie stało. – Uśmiechnął się lekko. - Chciałbym rozejrzeć się trochę. Proszę mi objaśniać, na co patrzę.
- Dobrze. Przede wszystkim to jest muzeum techniki, a zasada jest taka, że wszystkie urządzenia to nie są repliki, tylko oryginały, no i wszystkie działają. Niczego nie chowamy za szkłem, więc nasi goście mogą przekonać się, jak wiele radości sprawiają wesołe miasteczka od ponad stu lat.
- Macie karuzele z dziewiętnastego wieku? - spytał zaskoczony.
- Tę z galopującymi końmi zbudowano w tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym piątym roku. Pewnie widziałeś jej zdjęcie w gazecie.
- Tak... Wiadomo już, kim są ci wandale?
- Jeszcze nie. Gdy ich złapią, chętnie wzięłabym ich na tydzień pod swoją komendę - stwierdziła Daisy.
- Dałabyś im ostra szkołę?
- Zależy, co przez to rozumiesz. Gdy zobaczyłam zniszczenia, w pierwszej chwili wpadłam we wściekłość, jednak gdy trochę się uspokoiłam, zaczęłam się zastanawiać. Jeśli te typki lubią wszystko niszczyć, to pewnie wychowywali się w środowisku, gdzie nie przestrzega się podstawowych zasad. Niczego nie szanują i wszystkich mają za nic. Gdyby musieli popracować u mnie, może przekonaliby się, że potrafią więcej, niż im się wydaje. Nabraliby poczucia własnej wartości, a to pierwszy krok, by szanować pracę innych.
- Wypuściłabyś ich bez kary? - spytał zdumiony Felix.
- Myślisz, że więzienie rozwiązałoby problem? Nastolatki mają mnóstwo energii i muszą ją wyładować, a izolacja tylko zwiększy ich agresję, o czym łatwo się przekonać, gdy znów odzyskają wolność. Chciałabym pokazać im inną drogę. Zainteresować ich, skierować energię tam, gdzie mogą coś stworzyć. Nie będą niszczyć tego, co sami zbudują.
- Mhm... Starasz się dostrzec u ludzi przede wszystkim dobre cechy - stwierdził z nieprzeniknioną miną, zastanawiając się przy tym, czy nie jest to kardynalna wadą dla kogoś, kto zajmuje się biznesem.
- Nie jestem naiwna i nie patrzę na świat przez różowe okulary, uważam jednak, że lepiej szukać we wszystkim dobrej strony, zamiast cynicznie wykorzystywać to wszystko, co tylko się da, dla własnej korzyści - stwierdziła dobitnie. - Trochę się zagalopowałam, a przecież chciałeś tu zobaczyć coś interesującego - dodała, by zakończyć temat.
Ruszyli przed siebie i Daisy po kolei opowiadała historię każdej karuzeli.
- Wszystkie sprzed tysiąc dziewięćset trzydziestego piątego roku skonstruowała nasza rodzinna firma, jednak nie mogłam się oprzeć i zakupiliśmy też wspaniałe eksponaty z lat pięćdziesiątych, gdy tylko pojawiła się okazja.
Felix zadawał mnóstwo pytań, dokładnie oglądał każde urządzenie i nie szczędził słów krytyki. W końcu zatrzymali się przy ostatniej, gondolowej karuzeli, którą Daisy darzyła wyjątkowym sentymentem. Miała już dość wysłuchiwania pouczeń. Skrzyżowała ręce na piersi i spojrzała na Feliksa.
- Właściwie nic ci się nie podoba. Odnoszę wrażenie, że traktujesz mnie i Billa jak zupełnych amatorów. On prowadzi ten biznes od trzydziestu lat, w tym ostatnich dziesięć z moją pomocą. Włożył tu mnóstwo pracy i inwencji. Uważam, że niesprawiedliwie go oceniasz.
- Nie oceniam ludzi, tylko spółkę pod kątem biznesowym. Nas tym się znam, to moja profesja – odparł bez cienia emocji.
Buńczucznie uniosła podbródek i stwierdziła z mocą:
- Prowadzimy tę firmę i robimy to dobrze. – Pomyślała przy tym, że gdyby była wysoka, muskularna i spojrzała na niego z góry, wreszcie potraktowałby ją poważnie.
- Na pewno jesteś świetnym mechanikiem, znasz konstrukcję i historię tych maszyn, jednak niewiele wiesz o prowadzeniu biznesu. To samo dotyczy Billa. Macie tu różne możliwości zarabiania pieniędzy, z których w ogóle nie korzystacie, dlatego brak wam środków, gdy wydarzy się coś nieprzewidzianego, choćby taka wizyta wandali.
- To jest dziedzictwo naszej rodziny, panie Gisbourne - stwierdziła lodowatym tonem.
- Mam na imię Felix – przypomniał.
Jednak Daisy udała, że nie słyszy.
- Panie Gisbourne, wesołe miasteczko ma udostępnić ludziom to, co nasza rodzina tworzyła przez pokolenia. Pozostało już niewiele takich urządzeń, a jeszcze mniej nadaje się do użytku. Część uratowaliśmy przed zupełnym zniszczeniem...
- Jeśli nie będziecie mieć pieniędzy na utrzymanie tego miejsca, niczego nikomu nie udostępnicie. Podobnie z naprawą i konserwacją. Splajtujecie, jeśli nie zgodzicie się na kompromis.
- Dlatego zdecydowaliśmy się na zawarcie umowy ze sponsorem. - Przecież po to tu przyjechałeś, dodała w myślach.
Spojrzał na nią, mrużąc oczy.
- Nie jesteś osobą, która łatwo daje się przekonać, prawda?
Pomyślała o byłych narzeczonych. Jeśli ktoś chciał ją zmienić, to znajomość uznawała za zakończoną. To samo dotyczyło prowadzenia interesów. Miasteczko miało dawać wszystkim dużo radości. Jeśli Felix chciał je zamienić wyłącznie w dochodową inwestycję, to nie była zainteresowana. Może powinnam wziąć dodatkową pracę, żeby spłacić bieżące wydatki? W końcu znajdzie się ktoś, kto zrozumie, na czym nam zależy, myślała.
- Słusznie - odpowiedziała w końcu. - Cieszę się, że zdałeś sobie z tego sprawę.
- Zjedz dziś ze mną kolację w hotelu. - Zabrzmiało to bardziej jak polecenie niż zaproszenie.
O co mu chodzi? - pomyślała z irytacją. Czyżby chciał mnie uwieść?
- Panie...
- Mam na myśli roboczą kolację – wszedł w słowo, jakby czytał w jej myślach.
Zaczerwieniła się. Cóż, mężczyźni tacy jak Felix Gisbourne chodzili na randki z najelegantszymi kobietami. Wyszukane fryzury i kosztowna biżuteria były oczywistym warunkiem. Na pewno nie był nią zainteresowany. Zresztą ona też nie była, traktowała go tylko jako inwestora. Najważniejsze były karuzele.
- Oczywiście. Myślę, że Bill też ma wolny wieczór.
- Wolałbym kolację we dwoje. Nie chcę odrywać Billa od rodziny.
- No tak... - Z góry założył, że nie miała z kim spędzić wieczoru. Niestety, miał rację. Tylko Titan z radością dotrzymałby jej towarzystwa.
- Przy okazji chciałbym przypomnieć, że do hotelowej restauracji nie wypada przyjść w roboczym kombinezonie.
W pierwszym odruchu chciała powiedzieć, co o nim myśli, ale pomyślała o Billu i współpracownikach. Mogli wkrótce stracić zajęcie.
- Powiedz tylko gdzie i o której.
- O siódmej. - Podał nazwę najdroższego hotelu w okolicy.
Czyli dwa razy osiem kilometrów jazdy w sukience i na rowerze... Nie, odpada. Pozostawała podróż taksówką.
- W porządku - stwierdziła chłodno. - Do zobaczenia o siódmej.
Uśmiechnął się i znów zdała sobie sprawę, jak bardzo był atrakcyjny, lecz postanowiła nie zwracać na to uwagi. Mieli interes do załatwienia, nic więcej nie powinno ich łączyć. Zresztą zupełnie nie nadawała się na jego dziewczynę.
- Już nie mogę się doczekać - powiedział. - Pójdę pożegnać się z Billem.
- Zaprowadzę cię.
- Dzięki. Sam znajdę drogę. Masz wiele pracy, a ja nie chcę ci przeszkadzać. Nie spóźnij się na siódmą.
W holu powitała ją starsza kobieta o pomarszczonej twarzy i uśmiechniętych oczach. Yun była gospodynią Williama przez ponad trzydzieści lat i traktowała swoją obecną pracodawczynię jak wnuczkę.
- Będziemy mieć gościa o siódmej – powiedziała Madeline, zrzucając płaszcz. – Może przygotujemy jakieś kanapki?
- Co to za gość?
- Mężczyzna.
- Jakiej narodowości?
- Australijczyk.
- W jakim wieku?
Gdy chodziło o tego typu szczegóły, Yun mogłaby zawstydzić każdego dyplomatę.
- W moim wieku.
Nienagannie wydepilowane brwi gospodyni uniosły się.
- Wspólnik w interesach?
- Nie. Brat Jacoba Bennetta. Zabiera mnie na kolację.
- Dokąd?
To było dobre pytanie. Madeline nie zdążyła jeszcze zrobić żadnej rezerwacji.
– Chyba do jakiejś restauracji na wybrzeżu. Gdzieś, gdzie jest dużo turystów. – Gdyby poszli na przystań, nie musieliby nawet rezerwować stolika, mogliby wybrać miejsce, spacerując wzdłuż brzegu morza.
Oczy Yun przypominały teraz dwie szparki.
- Czy on wie, jak należy traktować kobietę o twojej pozycji?
Madeline stłumiła uśmiech.
- Wolałabyś, żeby zabrał mnie do jakiegoś drogiego miejsca, gdzie mielibyśmy zapewnioną intymność?
- Wystarczy, że będzie drogie.
- To nie jest mężczyzna, który próbowałby zaimponować kobiecie drogim jedzeniem i winem.
- Naprawdę? – Yun nie wyglądała na zachwyconą. – A jaki to mężczyzna?
- No cóż, właściwie nie wiem.
- Kiedy się urodził? Jakie jest jego zwierzę?
Yun była tradycjonalistką. Kierowała się w życiu zasadami feng shui i chińskiego zodiaku, a także czciła duchy swoich przodków.
– Nie mam pojęcia. Powiedziałabym, że Tygrys.
Yun pokręciła głową.
- Tygrys jest nieobliczalny i niebezpieczny. Tygrys i Wąż to nie jest dobra para. Każde z nich może zniszczyć drugiego, dlatego powinni się unikać.
- Dzięki, Yun. Bardzo mi poprawiłaś nastrój. – Madeline urodziła się w roku Węża. Dobrze było wiedzieć z góry, że ona i Luke zupełnie do siebie nie pasują.
- Do ciebie pasuje Małpa albo Bawół. Dowiedz się, w którym roku się urodził.
- Dobrze. Przygotujesz te kanapki?
- Oczywiście. Coś, co zapewni harmonię i rozluźnienie.
- Doskonale. – Madeline nie miała nic przeciwko odrobinie harmonii i rozluźnienia. Ruszyła przez posadzkę z wypolerowanego białego marmuru, ale po chwili znów się odwróciła.
- Co mam włożyć?
- Sukienkę, która podkreśli urodę, łagodny uśmiech i tę starą jaspisową spinkę do włosów – odpowiedziała Yun. – Na szczęście.
Luke Bennett był punktualny. Kamera przed wejściem pokazała go, gdy wchodził do windy na pięć minut przed siódmą. Madeline poszła za radą Yun i włożyła obcisłą ciemnozieloną sukienkę, która podkreślała jej kształty i pasowała do koloru oczu. Yun wpięła jej we włosy jaspisową spinkę ozdobioną pięcioma srebrnymi nitkami, na których błyszczały maleńkie perełki.
- Przestań się tak nerwowo kręcić – skarciła ją Yun, idąc otworzyć drzwi. - To tylko mężczyzna.
Luke pojawił się na progu w eleganckich ciemnoszarych spodniach i śnieżnobiałej koszuli. Nosił ten strój z zadziwiającą swobodą.
- Nie jesteś Małpą – stwierdziła Yun oskarżycielskim tonem. – I z pewnością nie Bawołem.
Luke zatrzymał wzrok na drobnej Chince, która sięgała mu zaledwie do łokcia.
- Nie – przyznał i przeniósł bezradne spojrzenie na Madeline. – Nie jestem.
- Poznaj Yun, moją gospodynię. Yun, to jest Luke Bennett.
- Może być Smok, ale raczej nie. Przyniosę antylopę – westchnęła Yun i zniknęła w szerokim przejściu wiodącym do kuchni.
Luke w milczeniu odprowadził ją wzrokiem, a potem znów skupił się na Madeline, nie zwracając najmniejszej uwagi na zdobiące salon jedwabne malowidła o muzealnej wartości i kilka bezcennych waz.
- Co słychać u Po? – zapytała.
- Mam nadzieję, że jest czymś zajęty, bo kiedy nie ma nic do roboty, natychmiast pakuje się w kłopoty.
- A twój brat?
- Też jest zajęty.
Te dwa pytania wyczerpały listę wspólnych tematów. Przed nimi rozciągało się niebezpieczne nowe terytorium. Madeline zastanawiała się, czy Luke wie, co robi, podążając za iskrą, która przemknęła między nimi. Ona sama nie lubiła igrać z ogniem.
- Napijesz się czegoś? – Podeszła do ławy, za która znajdował się barek. - Yun zaraz przyniesie nam coś do jedzenia.
- Antylopę – mruknął Luke. - Nie musiałaś robić sobie kłopotu.
Rzuciła mu olśniewający uśmiech.
- To żaden kłopot. Yun bardzo lubi wykorzystywać swoje talenty kulinarne. Ukończyła wszelkie możliwe kursy. Zrobi mi awanturę, jeśli niczym cię nie poczęstuję. – Otworzyła lodówkę i popatrzyła na zawartość. – Na co masz ochotę?
- Wystarczy piwo.
Wyciągnęła z półki butelkę piwa Tiger Bitter i sięgnęła po otwieracz. Nie było sensu pytać, w którym roku Luke się urodził. Jego znak zodiaku bił po oczach. Dla siebie przygotowała dżin z tonikiem - standardowy drink, który w tej części świata można było pić zawsze i wszędzie.
- Co cię sprowadziło do Singapuru? – zapytał Luke.
Madeline zajęła się krojeniem limonki. Ćwiartka do piwa, plasterek do dżinu.
- Przyjechałam tu, szukając brata. Podróżował po południowo-wschodniej Azji. Wyruszył z Singapuru, więc ja też zaczęłam od tego miejsca.
- Znalazłaś go?
- W końcu tak. – Nie miała ochoty opowiadać mu o szczegółach swojej podróży przez piekło w poszukiwaniu Remy’ego. – Już nie żyje.
- Przykro mi. – Luke zatrzymał na niej poważne spojrzenie. – Czy dlatego próbujesz pomóc dzieciakom takim jak Po?
- Może – wzruszyła ramionami. - Szukając brata, widziałam wiele rzeczy, które chciałabym zmienić, gdybym tylko mogła.
- Czy dlatego wyszłaś za mąż dla pieniędzy?
- Wciąż mnie osądzasz?
- Nie. – Po chwili dodał: – Może po prostu próbuję cię lepiej poznać.
- Mój brat i ja byliśmy sierotami. Opiekował się nami stan Nowej Południowej Walii. Remy szukał zapomnienia i znalazł je. Ja szukałam stabilności, bezpieczeństwa i dostatku.
- I też je znalazłaś.
- Tak – skinęła głową. – Czy teraz łatwiej ci zrozumieć powody mojego małżeństwa?
- Sam nie wiem. – Uśmiechnął się blado i rozejrzał po salonie urządzonym eklektyczną mieszanką tego, co wygodne, i tego, co najlepsze. Madeline nie afiszowała się ze swoim bogactwem, ale niewątpliwie potrafiła uczynić swoje życie przyjemnym. - Ładnie tu.
- Dziękuję. Pieniądze nie mają dla ciebie wielkiego znaczenia, prawda?
Luke wzruszył ramionami.
- Mam ich dosyć. Nie potrzebuję więcej.
Bardzo się różnili. Może za bardzo. On był lekkomyślny i uzależniony od adrenaliny, Madeline zależało na bezpieczeństwie i lubiła wszystko kontrolować.
- Chyba niewiele mamy ze sobą wspólnego – zauważyła.
- Na razie wydaje się, że nie. - Luke odstawił piwo i oparł się o blat baru. – Ale może w końcu znajdziemy jakąś wspólną płaszczyznę – dodał, wpatrując się w jej twarz. – Temu właśnie służą pierwsze spotkania.
- A drugie pocałunki? – zapytała szeptem.
- Są po to, żeby się przekonać, czy dobrze zapamiętaliśmy pierwsze. – Musnął ustami jej usta i odsunął się powoli. – Jakie jest twoje zdanie na temat standaryzacji i wprowadzenia międzynarodowych limitów na połowy dalekomorskie?
- Popieram je całym sercem. Chociaż wyegzekwowanie tego może się okazać trudne.
- Zgadzam się – mruknął. – A więc jednak znaleźliśmy jakąś wspólną płaszczyznę.
Yun wkroczyła do salonu z taca sajgonek i miseczką sosu chili.
- Jest ostry – ostrzegła, zerkając na Luke’a z ukosa. – Ogień jest bardzo użyteczny przy polowaniu na tygrysy. A także broń palna – dodała i zniknęła.
- Jest bardzo lojalna – westchnęła Madeline.
Luke popatrzył na sajgonki z rezerwą.
- Ja chyba użyłbym innego słowa.
Madeline sięgnęła po jedną, zanurzyła ją w sosie i wrzuciła do ust. Smakowała bosko, ale chili rzeczywiście było bardzo ostre, niemal przepalało podniebienie.
- Doskonałe – powiedziała z trudem. – Myślę, że będą ci smakować.
- A te z zygzakiem na wierzchu?
To nie zygzak, pomyślała Madeline, przyglądając się uważnie sajgonkom. To wąż.
– Te są dla mnie.
Luke sięgnął po jedną, zanurzył ja w sosie i po chwili wymamrotał:
– Dobre. – Wziął następną, tym razem bez węża, i uśmiechnął się szeroko. – A te są jeszcze lepsze.
- Chyba powinniśmy już iść – powiedziała Madeline. Nie wiedziała, co ją bardziej krępuje - nietypowa gościnność Yun czy zmysłowe reakcje własnego ciała. – Nie zarezerwowałam żadnego stolika. Pomyślałam sobie, że możemy się przejść w stronę…
- Wybrzeża – dokończył Luke.
- No właśnie. – Tam jest dużo wody, pomyślała. To się może przydać do gaszenia płomienia.
Restauracje dokoła przystani były zatłoczone i gwarne. W ciemnej wodzie odbijały się światła miasta. Luke usiadł wygodnie i rozpoczął uprzejmą rozmowę. Czy Madeline podoba się życie w Singapurze? Owszem, podobało jej się. Czy zastanawiała się nad powrotem do Australii? Nie, nie zastanawiała się.
Po jakimś czasie ona również zaczęła mu zadawać pytania. Gdzie właściwie mieszka? Ostatnio nigdzie, chociaż ma mieszkanie w Darwin i często tam wraca między jednym a drugim zleceniem. Nie ma wielkich potrzeb i nie posiada wiele, w przeciwieństwie do niektórych.
Madeline twierdziła, że jego brak zainteresowania pieniędzmi nie ma dla niej znaczenia i Luke jej wierzył. Nie był jednak pewien, czy ich nierówny status finansowy nie będzie przeszkadzał jemu samemu. Gdyby chodziło tylko o krótkotrwały związek, nie miałoby to żadnego znaczenia, jednak z czasem mogło okazać się poważną przeszkodą.
- O czym myślisz? – zapytała go.
- Co byś zrobiła, gdybyś nagle straciła wszystkie pieniądze, które zostawił ci mąż?
- Zaczęłabym od początku.
- Od kolejnego małżeństwa z bogatym człowiekiem?
- Niekoniecznie – wzruszyła ramionami. – Nauczyłam się już zarabiać pieniądze. Pewnie spróbowałabym to zrobić po swojemu.
- Walczyłabyś o to, żeby znów stać się bogatą kobietą?
W jej oczach pojawił się zielony płomień.
- Imperium Delacourte nie było w najlepszym stanie po śmierci Williama. Sprzedałam rodzinną posiadłość, kupiłam mieszkanie, w którym mieszkam teraz, a resztę pieniędzy zainwestowałam w restrukturyzację firmy. Wielki biznes to czasem również wielkie straty. Teraz walczę o to, żeby pozostać bogatą kobietą.
- I ta walka sprawia ci wyraźną przyjemność.
- Tobie też – odparowała. – Twoja praca składa się z wyzwań, niebezpieczeństw i kalkulowania szans. Ale gdy chodzi o kobiety, przypuszczam, że nie szukasz walki, lecz doskonałości. – Pochyliła się do przodu i w jej oczach zabłysła kpina. – Przykro mi, że cię rozczarowuję.
- Nie musisz mi opowiadać o swoich wadach, Maddy. Sam potrafię je dostrzec.
Usłyszał jej niski, głęboki śmiech.
- Jak to się stało, że robisz to, co robisz? – zapytała, chcąc odwrócić rozmowę od tematu pieniędzy. – Nie wyobrażam sobie, że gdy psycholog szkolny zobaczył, jak rozwiązałeś test, powiedział, że powinieneś się zająć rozbrajaniem bomb.
- Tego nie powiedział, chociaż uważał, że wojsko nauczyłoby mnie dyscypliny. Nie, poszedłem w ślady mojego brata, Pete’a, i zaraz po szkole zaciągnąłem się do marynarki. Pete chciał się dostać do sił powietrznych marynarki, a ja wolałem nurkowanie. Po szkoleniu zaczęły się zadania. Jedno z nich polegało na rozbrajaniu min morskichh. Potem zajmowaliśmy się unieszkodliwianiem niewybuchów na rozmaitych poligonach i w końcu trafiłem do trzyosobowego zespołu rozminowania. Po kilku operacjach na lądzie wystąpiłem z marynarki i zacząłem działać jako wolny strzelec. Od czasu do czasu pracuję dla wojska jako konsultant, zdarza mi się również uczyć innych.
- Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem – stwierdziła Maddy, ale w tej chwili przy ich stoliku zatrzymał się nienagannie ubrany, starszy Azjata.
- Pani Delacourte. – Skłonił się ledwo dostrzegalnie i zatrzymał spojrzenie na Luke’u.
- Pan Yi – powiedziała Madeline, nie kryjąc zdziwienia. - To jest Luke Bennett. Pozwól, Luke, że przedstawię ci pana Bruce’a Yi, filantropa i finansistę.
Luke podniósł się i czując na sobie nieruchome spojrzenie, uścisnął twardą dłoń mężczyzny.
- Jest pan krewnym Jacoba? – zapytał pan Yi.
- To mój brat.
- Ach. – Z wyrazu twarzy pana Yi nie sposób było wywnioskować, czy uznał tę wiadomość za dobrą.
- Zna pan Jake’a? – zdziwił się Luke.
- Słyszałem o nim. Jianne Xang to moja siostrzenica. Córka mojego szwagra.
- Ach – mruknął z kolei Luke i zapanowała niezręczna cisza. – Proszę pozdrowić Ji – dodał po chwili. Jake wciąż nie mógł wybaczyć Ji, że zostawiła go po niecałym roku małżeństwa, ale Luke nie żywił do niej żadnej urazy. Był pewien, że jego brat miał zbyt wysokie oczekiwania wobec tego małżeństwa, chociaż Jake z nikim nie rozmawiał na ten temat.
- To ciekawe, że pomimo tylu lat separacji ani Jacob, ani Jianne nigdy nie wystąpili o rozwód, nie sądzi pan? – zapytał starszy mężczyzna, patrząc na niego badawczo.
- Nie potrafię przeniknąć myśli mojego brata – odrzekł Luke. – A już z pewnością nie mam pojęcia, co sądzi o tym Ji.
- Nigdy nie wiadomo, co się kryje w cudzej głowie – zgodził się tamten. – Mimo wszystko można snuć jakieś domysły.
- Wolałbym tego nie robić.
Bruce Yi skłonił głowę i zwrócił się do Madeline:
– Moja żona otwiera nową wystawę w piątek wieczorem. Zaprosiła tylko niewielką grupkę gości.
- Jestem pewna, że będzie to niezwykłe wydarzenie – stwierdziła Madeline uprzejmie.
- Dopiszę panią do listy gości – obiecał Bruce. – Mam nadzieję, że panią tam spotkam.
Madeline uśmiechnęła się, ale nie skomentowała tego ani słowem.
- Pana również, panie Bennett. Życzę udanego wieczoru – dodał pan Yi i ruszył dalej w swoją stronę.
- To twój przyjaciel? – zapytał Luke, patrząc za nim.
- Nie. Jeden z członków bankierskiej elity Singapuru. – Twarz Madeline zdradzała spore zdenerwowanie. – Przez ostatnie sześć lat próbowałam skonsolidować firmę, a teraz chciałabym ją rozwijać. Mam pewien projekt, który wymaga dużego wsparcia finansowego i bardzo specyficznej formy partnerstwa. Bruce Yi mógłby mi zapewnić jedno i drugie. W pierwszej chwili sądziłam, że ma to być typowo chińskie zaproszenie do rozmów o interesach, ale jemu chodziło o coś innego. On wykorzystuje mnie, żeby dotrzeć do ciebie, a przez ciebie do Jacoba.
- To bardzo dalekosiężne założenie. Przecież dopóki mnie nie przedstawiłaś, nie miał pojęcia, kim jestem.
Madeline pokręciła głową.
- Wiedział. Może zauważył twoje podobieństwo do Jake’a i domyślił się, kim jesteś, a może wiedział już wcześniej, ale z pewnością zatrzymał się przy tym stoliku ze względu na ciebie, nie na mnie.
- A to zaproszenie?
- Należy je potraktować jako zaproszenie do negocjacji. Przypuszczam, że chodzi mu o sfinalizowanie rozwodu Jianne.
- A co to za projekt? Ten, który miałby ci pomóc finansować?
- Budowa apartamentowca. To nasza pierwsza inwestycja od lat. W tym samym budynku byłby też ośrodek dla dzieci potrzebujących opieki, przedszkole i pierwsze klasy szkoły podstawowej.
- Nie wydaje mi się to ryzykowne.
- Chcemy zamontować tam wysokiej jakości filtry powietrza. To nie jest tanie.
- Nadal nie widzę problemu. Po prostu ceny mieszkań musiałyby być odpowiednio wyższe.
- Problemem jestem ja – stwierdziła Madeline śmiało. – A dokładniej to, jak Bruce Yi mnie postrzega. William powinien był wziąć sobie żonę z dobrym pochodzeniem, na tyle rozsądną, by zechciała urodzić mu dzieci, zanim się z nią rozwiedzie. Wówczas większość spadku przypadłaby dzieciom. Niestety William nie miał wcześniej żony, dzieci ani żadnej innej bliskiej rodziny.
- A więc uważa cię za poszukiwaczkę złota. – Luke wzruszył ramionami. – I co z tego?
- Widzi we mnie głupią gęś, której się powiodło. Nie dostrzega mojej pracy. Widzi tylko to, co chce widzieć.
- W takim razie musisz sprawić, żeby zmienił zdanie.
- Jak? Mam poświęcić ciebie i Jacoba dla własnych ambicji?
- Nie. Idź na tę wystawę. Pokaż pazur, przedstaw wizje inwestycyjne, a Jake i ja sami zadbamy o siebie.
Madeline z żalem potrząsnęła głową.
- Nic nie rozumiesz. Bruce Yi nie potrzebuje mojego projektu. Ma na biurku tuzin równie ciekawych propozycji. Nie potrzebuje ode mnie niczego oprócz dojścia do ciebie. Okazał to bardzo wyraźnie. A jeśli przyjdę bez ciebie…
- W takim razie idź tam ze mną.
- On działa bardzo subtelnie.
- Denerwujesz mnie – odparł Luke szczerze. – Nie boję się wyzwań. Sama to wcześniej zauważyłaś.
- Musiałbyś włożyć czarny krawat.
- Znajdę jakiś.
- Nie zdziwiłabym się, gdyby Bruce zaprosił tam również Ji.
- Gdybyś próbowała przekonać Jake’a, żeby tam przyszedł, słysząc to, pewnie by się zawahał. Mnie to jest obojętne.
- Pewnie i tak będę musiała cię użyć jako tarczy.
- Tarczy przeciwko czemu?
- Przeciw romansowym zapędom, intrygom i sztyletom wbijanym w plecy.
O serii - Światowe Życie DUO
Bohaterowie to ludzie bogaci i odnoszący sukcesy w życiu zawodowym - milionerzy, biznesmeni, arystokraci, gwiazdy show biznesu. Mieszkają komfortowo, prowadzą wystawne życie, lubią luksus, śmiało realizują marzenia, wiele podróżują po całym świecie.
Na pozór niczego im nie brak, ale pieniądze i popularność to nie wszystko, więc wytrwale poszukują tego, co najważniejsze - miłości i szczęścia.
Chcą przeczytać tę książkę (6)
Przeczytali tę książkę (10)
Czytelniczki, które interesował ten produkt, oglądały również:
-
Zbuntowana
- Autor:
- Diana Palmer
- Seria:
- Satine
- Ocena:
-
- Cena:
- 19.99 zł
- Kup taniej:
-
-
W cieniu naszego domu
- Autor:
- Debbie Macomber
- Seria:
- Satine
- Ocena:
-
- Cena:
- 19.99 zł
- Kup taniej:
-
-
Miłość na deser
- Autor:
- Nora Roberts
- Seria:
- Satine
- Ocena:
-
- Cena:
- 19.99 zł
- Kup taniej:
-
Rejestracja użytkownika
Zarejestruj się w naszym serwisie, by oceniać książki, dodawać opinie oraz spotkać osoby, które tak jak Ty lubią czytać książki.
Zapisz się na newsletter, a otrzymasz prezent w postaci eBooka „Raj na Ziemi”, Mary Alice Monroe
Masz już konto?
Zaloguj się
Hity Miesiąca
-
1. W cieniu starych drzew
- Autor:
- Seria:
- Satine
- Ocena:
-
- Cena:
- 19.99 zł
- Kup taniej:
-
-
2. Bratnie dusze
- Autor:
- Seria:
- Romans
- Ocena:
-
- Cena:
- 34.99 zł
- Kup taniej:
-
-
3. Trzej bracia
- Autor:
- Seria:
- Romans
- Ocena:
-
- Cena:
- 34.99 zł
- Kup taniej:
-
Top 10 Tygodnia
-
1. Pozory mylą, W zamku nad Loarą
- Autor:
- Seria:
- Światowe Życie DUO
- Ocena:
-
- Cena:
- 14.99 zł
- Dostępność książki:
- Wyprzedane
-
2. Koło fortuny
- Autor:
- Seria:
- Romans
- Ocena:
-
- Cena:
- 9.99 zł
- Kup taniej:
-
-
3. Serce milionera
- Autor:
- Seria:
- Światowe Życie
- Ocena:
-
- Cena:
- 9.99 zł
- Kup taniej:
-
-
4. Na paryskich salonach
- Autor:
- Seria:
- Światowe Życie
- Ocena:
-
- Cena:
- 9.99 zł
- Kup taniej:
-
-
5. Niezapomniany wernisaż
- Autor:
- Seria:
- Światowe Życie Extra
- Ocena:
-
- Cena:
- 9.99 zł
- Kup taniej:
-
Nowość
Nowość
Kłopotliwy spadek
- Autor:
- Seria:
- Gwiazdy Romansu
- Ocena:
-
- Cena:
- 12.99 zł
- Kup taniej:
-
Bezpłatny Newsletter
Zapisz się. Poinformujemy Cię o promocjach i konkursach z nagrodami.