Wszystkie barwy Toskanii
Julia James, India Grey, Diana Hamilton
- Średnia ocena:
- 4.5 (6 głosów)
- Ocena:
-
- Seria:
- Opowieści z pasją
- Liczba stron:
- 428
- Oprawa:
- miękka
- ISBN:
- 978-83-238-8285-5
- Premiera:
- 04.11.2011
- Cena:
- 34.99 zł
- Kup taniej:
-
Zarejestruj się i:
-
Oceń książkę
Zaznacz tyle gwiazdek na ile oceniasz książkę
- Oznacz jako przeczytaną
- Chcę przeczytać tę książkę
- Skomentuj tę książkę
-
Fragment książki Powrót
- Co znaczy: nie podpiszesz?
Rafael di Viscenti spiorunował spojrzeniem kobietę leżącą w jego własnym łóżku.
Amanda Bonham, błękitnooka blondynka o ponętnych kształtach, uniosła się z pościeli.
- Intercyza... To obrzydliwe - mruknęła i Rafael zacisnął usta.
- Zgodziłaś się na wszystkie warunki. Twój prawnik nie miał żadnych zastrzeżeń. Dlaczego teraz raptem się wycofujesz?
- Raf, kochanie, po co nam intercyza? Źle ci ze mną? - Zniżyła głos i uśmiechnęła się uwodzicielsko. - Zrobię wszystko, żeby co noc było ci dobrze. - Odrzuciła prześcieradło kryjące interesujące kształty. - Nawet teraz...
Rafael niecierpliwie machnął ręką. Wdzięki Amandy nie robiły na nim wrażenia, zdążył się już nimi nacieszyć: co za dużo, to niezdrowo.
- Nie mam czasu na zabawy. Podpisz dokumenty, jak się umawialiśmy. - W złości mówił z silnym włoskim akcentem.
- Nie - oznajmiła, podciągając gwałtownie kołdrę pod brodę. - Jeśli chcesz się ze mną ożenić, ożeń się bez podpisywania intercyzy.
- Amanda, cara - zaczął, siląc się na cierpliwość. - Tłumaczyłem ci już, to rodzaj tymczasowej umowy. Wiedziałaś przecież, na co się godzisz. Nie oszukiwałem cię. Od początku mówiłem jasno, jaki to układ. Ślub, a po pół roku bezbolesny, szybki rozwód. Nie za darmo. W zamian za przysługę otrzymałabyś całkiem pokaźną sumę. Krótka małżeńska wizyta we Włoszech, przekazanie pieniędzy na twoje konto i to wszystko. Capisce?
- Owszem, capisce! - W głosie Amandy zabrzmiała twarda nuta. - Teraz ty postaraj się zrozumieć mnie. Podpiszę intercyzę, ale za dwukrotnie wyższą sumę.
Rafael zesztywniał. A więc o to chodziło. Po prostu chciała podbić cenę usługi. Powinien był to przewidzieć. Amanda Bonham nie była zbyt rozgarnięta, ale gdy szło o pieniądze, wykazywała niezwykły spryt.
O nie, nikt nie będzie nim manipulował, ani ta pazerna panienka, ani jego perdittione tatuś. Nikt.
Twarz Rafaela stężała w kamienną maskę.
- Trudno - stwierdził krótko.
Ci, co robili z nim interesy, znali ten ton głosu: oznaczał definitywny koniec targów oraz negocjacji. Teraz można się było tylko wycofać albo ugiąć wobec warunków Rafaela di Viscenti. Amanda tego nie wiedziała. Błękitne oczy rozbłysły złym blaskiem.
- Nie masz wyboru - zauważyła jadowicie. - Musisz się szybko ożenić. Proszę bardzo, ale za podwójną stawkę.
Rafael wzruszył ramionami.
- Twoja decyzja. Wezwę ci taksówkę.
Sięgnął po telefon komórkowy leżący na małym stoliku pod ścianą. Amanda podniosła się z łóżka.
- Zaczekaj chwilę...
Rafael już wystukał numer, jakby jej nie słyszał.
- Skończyliśmy - rzucił krótko. - Ubieraj się.
Ręka Amandy zacisnęła się na jego ramieniu.
- Nie możesz się wycofać. Potrzebujesz mnie.
Odsunął ją niczym natrętną muchę.
- Mylisz się. - Twardy, nieustępliwy ton. - Joe? Wezwij taksówkę. Na teraz.
Spojrzał na dziewczynę stojącą nago na środku sypialni, po czym wsunął telefon do kieszeni.
- Weź prysznic, ochłoniesz. Tylko pospiesz się. Taksówka będzie za dziesięć minut. - Ruszył do drzwi.
- A co z twoją upragnioną żoną? - syknęła Amanda, ale Rafael nawet się nie odwrócił.
- Ożenię się z pierwszą dziewczyną, którą zobaczę - rzucił jeszcze i wyszedł.
Magda wciągnęła gumowe rękawiczki i zabrała się do sprzątania wyłożonej marmurem łazienki. Była niewyspana, zmęczona: Benji dwa razy budził się w nocy, ciągle robił jej takie niespodzianki, ale przynajmniej teraz spał, nadrabiając zarwaną noc.
Nachmurzyła się. Nie podoła dłużej tej pracy, nie utrzyma jej po prostu. Dopóki Benji był młodszy, mogła zabierać go ze sobą. Leżał sobie w nosidełku, a ona sprzątała luksusowe apartamenty, ale teraz zaczynał chodzić i coraz trudniej było go spacyfikować. Wkraczał w okres odkrywania świata, a w cudzych mieszkaniach, gdzie każdy przedmiot był cenny i drogi, nie mogła mu na to pozwolić.
Odgarnęła wierzchem dłoni kosmyk z czoła i westchnęła. Co można robić, kiedy człowiek musi się opiekować rocznym dzieckiem? Przecież nie może go zostawiać u opiekunki, bo wtedy nie zarobi na życie. Gdyby miała w miarę porządne mieszkanie, mogłaby się zajmować cudzymi dziećmi i pilnować swojego, ale jaka matka przyprowadzi dziecko do jej wilgotnej, ciemnej nory? Sama starała się, żeby Benji spędzał tam jak najmniej czasu. Prowadzała go do parków, do ogródków dla dzieci, wolała nawet iść z nim do supermarketu, niż tkwić w swojej klitce.
Uśmiechnęła się. Benji... jej promyczek, jej ukochany synek.
Zrobiłaby dla niego wszystko, absolutnie wszystko. Nie było rzeczy, przed którą cofnęłaby się, gdy szło o jego dobro.
Rafael szedł ku schodom prowadzącym na niższy poziom apartamentu. Był wściekły na Amandę: bezczelnie usiłowała wykorzystać sytuację, i był wściekły na ojca, że postawił go w takiej sytuacji.
Dlaczego stary di Viscenti nie mógł po prostu pogodzić się z tym, że jego syn nie poślubi szukającej bogatego męża kuzynki Lucii? Owszem, była atrakcyjna, ale próżna, zła i łasa na pieniądze, ale wszystkie te cechy udawało się jej ukrywać skutecznie przed Viscentim, który trwał w przekonaniu, że kuzyneczka będzie doskonałą partią dla jego krnąbrnego syna. Kiedy okazało się, że nie pomagają groźby i prośby, Viscenti uciekł się do szantażu: sprzeda firmę, kładąc kres rodzinnej tradycji.
Rafaelowi brzmiały jeszcze w uszach ostatnie słowa ojca:
- Albo się ożenisz, albo nie będzie Viscenti AG. Nie sprzedam firmy tylko w jednym wypadku... - tu starszy pan się zawahał - o ile przed swoimi trzydziestymi urodzinami stawisz mi się tu z żoną. Wtedy tego samego dnia przepiszę firmę na ciebie.
A jakże, stawi się, myślał Rafael mściwie, tylko nie z tą, o której myślał tatuś.
Skoro ma być żona, będzie żona.
Amanda nadawała się doskonale: cóż za kara dla ojca za to, że zmusza go do takiego kroku.
Na jej widok di Viscenti pewnie dostałby zawału. Rozrywkowa panienka o włosach dłuższych niż noszone przez nią sukienki i absolutna pustka w głowie. A i jeszcze zdolność do przepuszczania pieniędzy kolejnych kochanków.
Ale Amanda przedobrzyła i teraz Rafael znalazł się w punkcie wyjścia. Musiał znowu szukać panny młodej, która wprawi ojca w szewską pasję i sprawi, że Lucia przestanie się uśmiechać z wyższością osoby bliskiej swojego celu.
Rafael zachmurzył się: znalezienie odpowiedniej kandydatki w przeciągu kilku zaledwie tygodni nie będzie sprawą łatwą, nawet dla niego.
Zszedł szybko po schodach i wrósł w ziemię: w holu stało nosidełko, a w nosidełku spało dziecko.
- A pani co tu robi? - rozległ się za jej plecami zagniewany głos.
Magda drgnęła wystraszona i płyn do mycia wylał się na marmurową podłogę.
Jęknąwszy, szybko zaczęła ścierać błękitną plamę gąbką.
- Bardzo przepraszam, sir - wykrztusiła w końcu, zdając sobie sprawę, że brzmi to żałośnie i służalczo, choć to nie jej wina, że ją zastał, gdzie zastać się nie spodziewał. - Powiedziano mi, że mogę posprzątać.
Mężczyzna zacisnął usta.
- W holu jest jakieś dziecko - stwierdził.
Magda, choć zbita z tropu i zakłopotana, nie mogła nie zauważyć, że mężczyzna nie był Anglikiem. Miał smagłą cerę i mówił z akcentem. Włoch, Hiszpan?
- No? - Mężczyzna czekał na wyjaśnienia.
Magda wreszcie wstała.
- Mój synek.
- Tyle się domyśliłem - sarknął. - Chciałbym wiedzieć, co on tu robi?
- Bardzo przepraszam - powtórzyła z jeszcze większą pokorą, próbując złagodzić irytację mężczyzny, i nachyliła się, żeby podnieść wiaderko ze środkami czystości. - Pójdę już, sir. Bardzo mi przykro, że mnie pan tu zastał.
Podeszła do drzwi i mężczyzna odsunął się, ale i tak musiała się prawie o niego otrzeć. Był pachnący i doskonale ubrany, a ona spocona po kilku godzinach pracy. Czuła się fatalnie.
Pochyliła się nad Benjim. Na szczęście synek spał spokojnie.
- Zaczekaj.
Zabrzmiało to jak rozkaz i Magda instynktownie się wyprostowała, odwróciła z nosidełkiem w jednej ręce, wiadrem w drugiej.
Mężczyzna przewiercał ją wzrokiem. Poczuła się jak królik pochwycony przez reflektory. Albo raczej jak antylopa, która dojrzała lamparta.
- Nie musisz uciekać jak spłoszony królik - powiedział już łagodniej, ale wyraz jego twarzy nie zmienił się na jotę.
Magda rzeczywiście gotowa była czmychnąć w każdej sekundzie. Zrobił krok w jej stronę.
- Mężatka? - zagadnął i znowu w jego głosie zabrzmiała ostra nuta, chyba dlatego, że w głowie zrodziła się szalona myśl.
Dziewczyna spojrzała na niego tak, jakby zadał pytanie w obcym języku.
- Tak czy nie? - Udzielenie odpowiedzi na jego proste pytanie zdawało się przekraczać jej możliwości intelektualne.
W końcu pokręciła głową.
A więc nie jest mężatką. Tak też od razu pomyślał, mimo że przyszła z dzieckiem.
Nie potrafił określać wieku dzieci, ale to tutaj wyglądało na spore, zbyt duże na nosidełko, prawdę powiedziawszy.
Tak, dziecko to element, którego dotąd nie brał pod uwagę. Bardzo dobry element. Nawet jeśli matka zdaje się kompletnie nieodpowiedzialna.
- Masz jakiegoś przyjaciela? Chłopaka?
Zrobiła wielkie oczy i jeszcze głupszą minę. Ponownie pokręciła głową.
Zmarszczył czoło. Czemu jest taka spłoszona?
- Mam dla ciebie propozycję - powiedział cierpko, ciągle jeszcze nie mogąc się pogodzić z sytuacją, w której postawił go ojciec.
Pchnął drzwi do kuchni.
- Wejdź - polecił struchlałej dziewczynie.
Z jej gardła wydobył się ni to pisk, ni to jęk i już wyraźnie ruszyła ku wyjściu.
- Muszę już iść. Bardzo przepraszam - wykrztusiła.
W tej samej chwili rozległy się kroki i u szczytu schodów stanęła Amanda w butach na bardzo wysokich obcasach i w bardzo krótkiej spódniczce.
Jedno spojrzenie na scenę w holu i na jej twarzy pojawił się jadowity uśmiech.
- ,,Pierwsza kobieta, którą zobaczę’’ - powiedziała z triumfem w głosie i udanym włoskim akcentem. - Gratuluję, Rafaelu. To się nazywa mieć szczęście.
- Żebyś wiedziała, cara - mruknął. - Ta dziewczyna jest wprost idealna.
Na twarzy Amandy odmalowała się wściekłość pomieszana z absolutnym niedowierzaniem.
- Kpisz sobie chyba. Żartujesz.
Rafael w odpowiedzi uniósł tylko brew i posłał Amandzie chłodny uśmiech.
- Twoja taksówka na pewno już czeka, cara. Czas na ciebie.
Amanda przez moment stała bez ruchu, usiłując opanować narastającą wściekłość. W końcu zeszła ze schodów, odsunęła Magdę, jakby była rzeczą, i otworzyła drzwi.
Magda próbowała biec za nią, ale Rafael zatrzasnął jej drzwi przed nosem.
- Mówiłem, że mam dla ciebie ofertę. Zechcesz mnie łaskawie wysłuchać? - zapytał z ironią. - Możesz odnieść z tego korzyść finansową.
Magda posłała mu kolejne struchlałe spojrzenie.
- Nie, dziękuję - szepnęła. - Ja takich rzeczy nie robię...
- Nie wiesz jakiego to rodzaju oferta - przerwał jej.
- Wszystko jedno. Nie przyjmę żadnej.
Mina Rafaela raptownie się zmieniła, jakby wreszcie zrozumiał powody paniki dziewczyny.
- Źle mnie zrozumiałaś - poinformował lodowatym tonem. - Oferta, którą chcę ci złożyć, nie ma nic wspólnego z seksem.
Magda wpatrywała się intensywnie w ten luksusowy okaz płci męskiej. Jasne, pomyślała, to oczywiste, że ktoś taki jak on nie będzie składał propozycji seksualnych komuś takiemu jak ona. Ujrzała się jego oczami, zobaczyła, z jakim lekceważeniem musiał ją traktować, i poczuła się jak robak.
- Wejdź do kuchni - powiedział. - Wyjaśnię ci, o co chodzi.
Siedziała sztywna i oniemiała na stołku przy kuchennym barze.
- Może pan powtórzyć? - wykrztusiła w końcu.
- Zapłacę sto tysięcy funtów. W zamian za to ty przez pół roku będziesz, najzupełniej legalnie, moją żoną. Po tym okresie przeprowadzimy rozwód bez orzekania o winie. Zaraz po zawarciu ślubu pojedziesz ze mną do Włoch... Sprawy formalno-rodzinne. Po powrocie z Włoch do końca trwania małżeństwa będziesz mieszkała tutaj, otrzymując pełne utrzymanie. W dniu rozwodu otrzymasz sto tysięcy funtów, ani centa mniej. Rozumiesz?
Nie, pomyślała, nic nie rozumiem poza tym, że mam do czynienia z wariatem.
Na wszelki wypadek nie wyartykułowała na głos swojej opinii. Chciała jak najszybciej wyjść z tego mieszkania. I to nie tylko dlatego, że nieznajomy składał szalone oferty, ale przede wszystkim z tego powodu, że był po prostu najbardziej atrakcyjnym facetem, jakiego kiedykolwiek zdarzyło się jej widzieć. Szczupły, przystojny, ale w jego urodzie nie było nic lalkowatego.
- Nie wierzysz mi?
Pytanie padło znienacka i ją zaskoczyło. Otworzyła usta i zaraz je zamknęła, nie wypowiadając słowa.
Na jego twarzy pojawił się ironiczny uśmieszek, a z Magdą stało się coś dziwnego, tak dziwnego, że nie potrafiła tego zanalizować ani nazwać.
- Przyznam, to... dziwna oferta, niemniej... - Położył dłonie na barze i teraz ujrzała, jakie są piękne. - Z pewnych względów muszę się bardzo szybko ożenić. Powinienem jeszcze wyjaśnić, że nasze małżeństwo będzie istniało wyłącznie na papierze... Czysto formalny związek. Masz paszport?
Magda pokręciła głową i na jego twarzy odmalowała się irytacja, po czym machnął ręką.
- Nieważne. To sprawa do załatwienia. Co z ojcem twojego dziecka? Utrzymujesz z nim kontakt?
Magda zastanawiała się, co odpowiedzieć, i znowu nie wykrztusiła słowa.
- Tak przypuszczałem - stwierdził z bezmierną wzgardą dla jej samotnego macierzyństwa. - Tak nawet lepiej. Nie będzie nam przeszkadzał.
Zmierzył ją jeszcze raz uważnym spojrzeniem, jakby chciał się upewnić w swojej decyzji.
- Zatem nie widzę żadnych przeszkód dla zawarcia umowy. Wydajesz się w pełni odpowiednią kandydatką.
Magdę ogarnęła panika. Czynił jakieś plany, wciągał ją w szalony wir swojego szalonego projektu. Musi to przerwać. Sytuacja z każdą chwilą stawała się coraz bardziej absurdalna.
- Nie - powiedziała. - Z całą pewnością nie jestem odpowiednią kandydatką. Muszę już iść. Robi się późno, a ja mam jeszcze inne mieszkania do posprzątania...
Nie miała. Apartament tego szalonego Włocha był ostatnim na dzisiaj, ale on nie musiał o tym wiedzieć.
Nieznajomy nie myślał jednak rezygnować.
- Jeśli przyjmiesz ofertę, już nigdy więcej nie będziesz musiała sprzątać żadnych mieszkań. Dla osoby w twojej sytuacji, z twoją pozycją, sto tysięcy to dość, żeby urządzić sobie skromne, ale wygodne życie.
W Magdzie zmagały się sprzeczne emocje: z jednej strony obrażał ją, mówiąc z taką wzgardą o ,,jej pozycji’’, jakby należała do jakiegoś podgatunku ludzi. Z drugiej - coś znacznie silniejszego.
Pokusa.
Wygodne życie...
Sto tysięcy funtów...
Czy to możliwe? Nie była w stanie wyobrazić sobie takiej sumy. Mogłaby wyjechać z Londynu, zamieszkać na prowincji, zająć się wreszcie Benjim, poczynić plany na przyszłość.
Oczami duszy zobaczyła już mały domek, skromny, ale przyzwoity, w którym jej syn wreszcie znalazłby prawdziwy dom. Miłe, proste życie.
Ona w kuchni piecze ciasto, Benji na trójkołowym rowerku jeździ po patiu, na parapecie wygrzewa się w słońcu kot, na sznurze suszy się pranie...
Zatęskniła za tym obrazem.
Rafael widział już, że chwyciła przynętę. Wreszcie. Nie sądził, że tak trudno będzie ją zanęcić, ale koniec końców się udało.
Im dłużej jednak musiał ją przekonywać, tym większego nabierał przekonania, że nada się świetnie do odegrania swojej roli.
Ojca trafi chyba apopleksja! Synowa z nieślubnym dzieckiem. Kopciuch. Pan di Viscenti dostanie raz na zawsze nauczkę, by nie wywierać presji na syna...
Magda dojrzała błysk triumfu w oczach tego szaleńca i zadrżała. Sama musiała być szalona, skoro choćby przez moment rozważała jego propozycję. Sto tysięcy funtów. Czysty absurd! Ona jako żona kogoś takiego jak on?
- Naprawdę muszę iść - oznajmiła, wstając ze stołka. Musiała przy okazji potrącić nosidełko, bo chłopiec nieoczekiwanie się obudził i zapłakał. Nachyliła się i pogłaskała synka po policzku. - Wszystko w porządku, kochanie. Mama jest przy tobie. Zaraz idziemy.
Rafael przyglądał się jej spod zmrużonych powiek.
- Sto tysięcy funtów. Koniec targania małego ze sobą do pracy. On tak nie może funkcjonować.
- To jakieś szaleństwo - rzuciła ostro. - Pan nie jest przy zdrowych zmysłach.
Włoch uśmiechnął się.
- Jeśli to dla ciebie jakaś pociecha, powiem ci, że myślę podobnie, ale jeśli nie ożenię się w ciągu najbliższych dwóch tygodni, wszystko, na co pracowałem całe życie, zostanie przekreślone. Nie mogę do tego dopuścić.
Co mu miała powiedzieć?
Nic. Mogła tylko odwrócić się i wyjść.
- Nie mogę tego zrobić - szepnęła Eve, czując, jak ogarnia ją lodowaty strach.
Po drugiej stronie kurtyny, w sali balowej największego palazzo Florencji siedziało pięciuset najbogatszych i najpiękniejszych tego świata. Przyszli na uroczystość z okazji pięćdziesięciolecia pracy Antonia Di Lazaro złożyć hołd człowiekowi, który ubierał ich przez pół wieku.
Sienna Swift, jedna z najpopularniejszych supermodelek, podniosła wzrok znad gazety i obdarzyła Eve swoim słynnym uśmiechem.
- Oczywiście, że możesz. Dasz sobie radę.
- Ale... ja jestem dziennikarką. - Nie była to do końca prawda, więc Eve zawiesiła na moment głos. - Ten artykuł miała pisać moja przyjaciółka Lou.
Sienna przewróciła stronę.
- No cóż, skarbie, masz świetne nogi. I lepsze cycki niż my wszystkie razem wzięte. Czym się przejmujesz? - Zamilkła na chwilę, po czym dodała: - Tu chodzi tylko o seks.
- Seks? - Eve poczuła się zbita z tropu.
Sienna westchnęła i odłożyła magazyn.
- Okej. Nie mamy zbyt dużo czasu, więc postaram się ująć to najprościej, jak można. Musisz znaleźć kogoś, na kim się skoncentrujesz. Wychodzisz na wybieg, patrzysz na jakiegoś faceta i zapominasz o reszcie. Spójrz.
Modelka cofnęła się kilka kroków, wysunęła biodra do przodu i położyła na nich dłonie. Wbiła wzrok w piosenkarza z najpopularniejszego włoskiego boysbandu, który właśnie zszedł ze sceny.
- Idziesz w jego stronę i nie spuszczasz go z oczu - wymruczała zmysłowo. - Nawet na sekundę. To jest pożądanie od pierwszego wejrzenia. Patrzysz na niego, jakby był najseksowniejszym mężczyzną na ziemi. - Odwróciła się w stronę Eve z diabelskim uśmiechem. - To wszystko! - Ku konsternacji rumieniącego się piosenkarza powróciła do lektury gazety.
Eve poruszyła się niespokojnie w swojej przezroczystej, plastikowej minisukience i obciągnęła ją na pośladkach. Byłoby o wiele łatwiej zrobić to, co radziła Sienna, gdyby pozwolono jej założyć okulary, bez których nie widziała dalej niż pół metra, i gdyby nie musiała mieć na sobie wielkiej plastikowej torebki. Przydzielono jej jedną z najdziwaczniejszych kreacji Di Lazaro z czasów awangardy lat sześćdziesiątych. Strategicznie umiejscowione fluorescencyjne kwiaty sprawiały, że sukienka nie była całkowicie przezroczysta, ale i tak Eve czuła się prawie naga.
To nie było jej miejsce.
Zamknęła oczy, czując nagły przypływ tęsknoty za domem. Przed oczami stanęło jej zagracone biurko przy oknie w biurze profesora Swansona, zarzucone studenckimi esejami i stosami nabazgranych notatek.
Była szalona, myśląc, że jej się uda. Świat mody nie był dla nieśmiałych, noszących okulary pracownic uniwersytetu.
Nic z tego nie będzie. Lou podjęła duże ryzyko, w ostatniej chwili symulując chorobę i proponując, że Eve napisze artykuł za nią. Gdyby którakolwiek z nich zastanowiła się przez chwilę, zdałaby sobie sprawę, jak szalony był to plan. Wiedziała, że zawiedzie Lou, ale nie to było najgorsze. Najgorsze było to, że zawiedzie również Ellie, swoją siostrę bliźniaczkę. I pozwoli, żeby Raphael Di Lazaro prześliznął jej się między palcami.
- Posłuchaj horoskopu - powiedziała Sienna. - Wodnik. ,,Merkury sprawi, że we wtorek twoje życie miłosne dozna nagłego ożywienia. Twoje przeznaczenie czeka na ciebie w najbardziej niespodziewanym miejscu’’. Widzisz? Kto wie, co stanie się, kiedy pojawisz się na wybiegu.
Eve się skrzywiła. Nic się nie stanie. Jej życie miłosne nie istniało.
Nie. Jeśli miała tu zostać, to tylko dla zemsty.
Uśmiechnęła się do Sienny niewyraźnie.
- Takie mam szczęście, że kiedy w moim życiu ma się pojawić ten jedyny, ja muszę być ubrana jak Barbie Gwiazda Porno.
Wielka sala balowa Palazzo Salarino lśniła w świetle słynnych kryształowych żyrandoli. Za sięgającymi podłogi oknami błękit popołudnia powoli ustępował miejsca mrokowi wieczoru. Sala wypełniona była rzędami złoconych krzeseł, na których siedziały najważniejsze osobistości świata mody.
Na drżących nogach Eve wyszła zza kulis.
Przez moment nie była w stanie nic dostrzec, oślepiona przez tysiące błyskających fleszy. Całym wysiłkiem woli powstrzymała się przed zasłonięciem twarzy rękami. Wybieg ciągnął się przed nią w nieskończoność, a po obu stronach widziała morze zwróconych w jej stronę twarzy.
Powróciły do niej słowa Sienny. Znajdź kogoś, na kim będziesz mogła się skoncentrować...
Desperacko rozejrzała się po ogromnej sali. Zwolniła i poczuła, jak uśmiech zastyga jej na ustach. Nie była w stanie wyłowić z tłumu niczyjej twarzy. Poczuła przypływ paniki, ale zmusiła się, żeby iść dalej, mimo że każdy nerw w ciele nakazywał jej obrócić się na pięcie i uciekać.
Ktoś stał w cieniu, opierając się o jedną z marmurowych kolumn z odchyloną do tyłu głową. Miał na sobie ciemny garnitur, podkreślający szerokość jego ramion na tle jasnego kamienia i w jego nieruchomej postawie było coś przykuwającego uwagę. W słabo oświetlonym pomieszczeniu i przez mgłę krótkowzroczności nie była w stanie dostrzec go wyraźnie, ale czuła na sobie jego spojrzenie.
Mogę to zrobić, pomyślała. Mogę to zrobić.
Boleśnie piękne, wspaniałe nuty Madame Butterfly rozległy się w powietrzu, wypełniając je słodko-gorzką tęsknotą. Ona i Ellie kochały tę operę. Późno w nocy wymykały się ze swoich pokojów w koszulach nocnych i przysiadały na szczycie schodów, słuchając, jak ich matka odtwarza ją na starym magnetofonie. Słowa arii były równie znajome jak słowa kołysanki i teraz dodały jej sił.
Wszystko wokół niej znikło - kamery, publiczność, wszystko. Świat skurczył się i mieściła się w nim tylko muzyka i ciemne, zwężone oczy nieznajomego. Nie poruszył się, ale kiedy szła w jego stronę, kołysząc biodrami, czuła, jak pali ją spojrzenie mężczyzny, czuła emanującą od niego seksualną energię. Przenikała jej skórę, roztapiając lód niepewności i nieśmiałości.
Po raz pierwszy od dwóch lat poczuła się żywą kobietą.
Kiedy dotarła na koniec wybiegu, uniosła głowę i zatrzymała się. Ich oczy spotkały się ponad rzędami rozdzielających ich ludzi na moment. Jej ciało wyrywało się do niego z tęsknotą, która zapierała dech w piersi.
Fotografowie u jej stóp rzucili się naprzód, błyskając fleszami. Całą siłą woli odrywając wzrok od nieznajomego, odwróciła się i ruszyła z powrotem, wciąż czując na sobie jego spojrzenie, świadoma wyrażającego wszystkie jej pragnienia kołysania biodrami.
Zeszła z wybiegu, cała się trzęsąc, i prześliznęła się przez tłum dziewcząt, czekających na swoją kolej, nie widząc ich uśmiechów i gratulacji. Podeszła do swojego miejsca we wspólnej garderobie, rzuciła się na krzesło i wpatrzyła w swoje odbicie w lustrze.
Gdzieś znikła nieśmiała, niepewna siebie dziewczyna, która nerwowym krokiem wyszła na scenę pięć minut temu. Na jej miejsce pojawiła się zmysłowa femme fatale z nabrzmiałymi ustami i zapraszającym wyrazem oczu.
Horoskop miał rację, pomyślała, ukrywając twarz w dłoniach. Tyle że mądra, rozsądna Eve nie wierzyła w takie bzdury.
Z dwóch sióstr to ona była tą nieśmiałą, zawsze w cieniu pewnej siebie Ellie. To Ellie zaczytywała się w horoskopach i wierzyła w przeznaczenie i dążenie do marzeń. Kiedy Eve wciąż była w Oksfordzie, pracując ciężko nad pracą dyplomową, Ellie porzuciła studiowanie historii sztuki i całe studenckie stypendium wydała na bilet w jedną stronę do Florencji.
Chciała doświadczyć sztuki, pasji i piękna osobiście, a nie z drugiej ręki na wykładach. W pewnym momencie, kiedy przebywała we Florencji już kilka miesięcy, postanowiła do tej listy dodać heroinę.
Do tego właśnie prowadziło gonienie za marzeniami i czytanie horoskopów. Do anonimowej, ponurej śmierci, w której sprawie policja nawet nie próbowała przeprowadzić śledztwa.
Eve przysięgła, że zrobi to, czego nie zrobiły władze. W ciągu dwóch lat, od kiedy to się wydarzyło, życie Eve skurczyło się jeszcze bardziej i w końcu pozostała jej tylko praca dla profesora Swansona i zimne, bolesne pragnienie sprawiedliwości.
Jednak twarz, która patrzyła teraz na nią z lustra, była zmieniona pragnieniem innego rodzaju. To była twarz dziewczyny, która wiedziała, czego chce, i nie była to zemsta. W jej twarzy widać było rozgrzane do białości, nagie pożądanie.
- Byłaś wspaniała!
Sienne ściągnęła buty na zabójczo wysokim obcasie i sięgnęła po miniaturową butelkę szampana do jednego z kubełków z lodem, porozstawianych po całej garderobie. Wzięła długi, spragniony łyk.
- Świetnie - kontynuowała radośnie. - Z pracą na dziś koniec. Teraz czas na imprezę! Przyjęcia u Di Lazaro są zawsze niesamowite. - Sienna ściągnęła z siebie skandalizującą suknię ślubną z białej skóry i tiulu, którą miała na sobie w trakcie finału, i rzuciła ją na bok. - Widziałaś, ile tam sław? Nie mogę się już doczekać. I mówią, że Raphael Di Lazaro wrócił z zagranicy. Podobno niezłe ciacho z niego. Mam zamiar sama mu się przedstawić.
Dźwięk tego nazwiska błyskawicznie przywrócił Eve do rzeczywistości. To do niego powinna próbować się zbliżyć tego wieczoru, nie do przystojnego nieznajomego.
- Jak go znajdziesz, mnie też możesz przedstawić. Jak do tej pory, nie udało mi się nawet zdobyć jego fotografii. Ciekawe, czemu tak unika rozgłosu?
Sienna wzruszyła ramionami. Przebrała się w różową sukienkę bez pleców, która ledwie zakrywała jej pośladki, i właśnie wsuwała stopy w satynowe różowe sandałki, w których nawet Eve rozpoznała hit sezonu.
- Wyjechał, zanim zaczęłam pracować dla Di Lazara, ale ludzie tutaj wciąż o nim mówią. Plotka głosi, że jego dziewczyna uciekła z jego bratem, Luką - na pewno go spotkasz - i Raphael nie był w stanie tego znieść. Słyszałam, że wyjechał do Kolumbii, ale nie jestem pewna, czy to prawda. No wiesz, on zajmuje się fotografowaniem mody, a to nie jest kraj, który kojarzy się z modą, prawda?
Eve roześmiała się sucho.
- Nie. - Ale z narkotykami tak.
- W każdym razie to dlatego nie było go przez dwa lata. A tak w ogóle, to nienawidzi paparazzich i unika ich jak ognia. No chodź, idziemy. Tracimy cenny czas! Co wkładasz?
- Och, nic takiego. Mam tylko to. - Zdenerwowana Eve wstała i wyciągnęła ze starej torebki kawałek jedwabiu w kwiaty, po czym rzuciła go Siennie.
Sienna ostrożnie rozłożyła sukienkę.
- Jest świetna. Skąd ją masz?
Eve rzuciła jej uśmiech i przybrała zblazowany wyraz twarzy.
- Och, to taka mała, ekskluzywna marka. Nazywa się Odzież z Drugiej Ręki. Szczerze mówiąc, skarbie, nigdy nie wkładam nic innego.
Pachnące lawendą powietrze wciąż jeszcze było ciepłe i wychodząc na romantycznie oświetlony taras, Raphael Di Lazaro poczuł ogromną ulgę. Bogato dekorowana sala balowa palazzo, wypełniona samymi sławami, wywoływała w nim uczucie duszności. Wszystko było wypolerowane i symetryczne, tak jak doskonale pozbawione wyrazu twarze modelek. Kurz i chaos, które niedawno zostawił za sobą w Kolumbii, wydawały mu się przy tym odświeżające.
Biorąc kieliszek szampana od przechodzącego kelnera, dyskretnie spojrzał na zegarek. Takich imprez unikał na ogół jak ognia, ale tym razem miał tu coś do załatwienia. W takim właśnie środowisku najprawdopodobniej działał jego brat.
Przyrodni brat. Od kiedy odkrył dowody na nowe pokłady zła i korupcji, kryjące się za płytkim urokiem Luki, Raphael postanowił zawsze pamiętać, że mieli tylko jednego wspólnego rodzica. A Antonio Di Lazaro odegrał tak małą rolę w jego wychowaniu, że właściwie nie zasługiwał na miano ojca.
Luca był w oczach Antonia złotym dzieckiem. Nie będzie mu teraz łatwo przyjąć do wiadomości, że jego ulubionemu synowi groziły zarzuty międzynarodowego handlu narkotykami i prania pieniędzy. Zwłaszcza że pieniądze najprawdopodobniej pochodziły z kont Di Lazara.
Na razie jednak Luca nie został jeszcze aresztowany, a Raphael był tutaj, żeby upewnić się, że nic nie zakłóci tego ostatniego, delikatnego etapu operacji.
Rozglądając się za ojcem, stłumił ziewnięcie. Nawet kiedy pracował dla Di Lazara, nie znosił takich spędów sław, a czas, który spędził w Kolumbii, tylko tę niechęć pogłębił. Połączenie wyczerpania i potwornej nudy sprawiło, że o mało co nie zasnął w trakcie nieskończonej procesji wieszaków na ubrania.
I może zasnął, ale tylko na chwilę. Może to zadziwiające, erotyczne doznanie było tylko snem...
Poczuł, jak jego zmęczone ciało reaguje na wspomnienie dziewczyny w przezroczystej sukience. Było chyba zbyt żywe, żeby być tylko snem. Wciąż widział przestrach w ogromnych oczach, kiedy wyszła na oświetlony wybieg, wciąż pamiętał, jak poczuł nagłą chęć chronienia jej, wciąż pamiętał gwałtowny przypływ adrenaliny, kiedy spojrzał jej prosto w oczy...
Adrenaliny? Kogo próbował oszukać? Poczuł przypływ czystego testosteronu. To nie był tylko brak snu.
No dobrze, może w kolumbijskim półświatku nie było atrakcyjnych, inteligentnych kobiet, spośród których mógłby wybierać, a dwa lata to długi czas dla każdego mężczyzny, który nie jest mnichem. Nie był jednak na tyle zdesperowany, żeby zadawać się z pustogłową mo-delką. Gorzkie doświadczenie nauczyło go, że modelki wymagały tej samej intensywnej, całodobowej uwagi, co małe dzieci. I jeśli spuściło się je z oczu, równie łatwo wpadały w tarapaty. Nie był na tyle głupi, żeby powtórzyć ten błąd.
Nagle na tarasie pojawił się Antonio, otoczony małym tłumkiem wyznawców. Jak zwykle był ubrany nieskazitelnie w idealnie skrojony srebrnoszary garnitur z białą różą w butonierce - jego znakiem firmowym. Raphael był jednak zaniepokojony, widząc, jak bardzo ojciec postarzał się przez ten czas, kiedy go nie było. Kiedy Antonio podszedł bliżej, Raphael dostrzegł niezdrową bladość jego ust i bruzdy wyczerpania na jego eleganckiej, wyniosłej twarzy.
- Witaj, ojcze.
Antonio nie był w stanie ukryć zaskoczenia. Szybko odzyskał jednak panowanie nad sobą i przywołał na usta chłodny uśmiech.
- Raphael. Co za niespodzianka. Co ty tu robisz?
- Musiałem wrócić na uroczystość Press Photography Awards w Wenecji. We Florencji też mam coś do załatwienia. W sprawie firmy.
Antonio o milimetr uniósł brwi.
- Si? Po tym czasie? Odszedłeś z firmy dwa lata temu, Raphael.
- Muszę sprawdzić firmowe konta.
Antonio zmrużył oczy.
- Brakuje ci pieniędzy? O to chodzi? Może powinieneś był o tym pomyśleć, zanim porzuciłeś pracę i wyjechałeś, żeby fotografować wieśniaków w zapomnianym przez Boga miejscu. Nagrodami nie zapłacisz rachunków, Raphael.
Mięsień na policzku syna zadrgał.
- Z tego, co pamiętam, wciąż pełnię funkcję jednego z dyrektorów firmy, więc mam pełne prawo dostępu do kont. Jutro, jeśli masz czas. Kiedy skończę je przeglądać, muszę się z tobą spotkać.
- Jutro nie wchodzi w grę. Rano mam wywiad na temat pokazu z włoskim ,,Vogue’’, a po południu promocję nowej linii perfum. - Antonio nagle wydał mu się wyczerpany. Najwyraźniej miał ochotę skończyć tę rozmowę. - Tak czy inaczej, Raphael, wiesz, jak nienawidzę zajmowania się pieniędzmi. Luca jest dyrektorem finansowym. Powinien gdzieś tutaj być... Może załatwisz to wszystko z nim?
- Wolałbym nie.
- Nie bądź śmieszny. Luca to twój brat. I cały ten nonsens z Cataliną należy już do przeszłości. Nie możesz wciąż go nienawidzić za coś, co zdarzyło się dwa lata temu.
Raphael poczuł, jak usta układają mu się w wyraz pogardy.
- Uwierz mi, ojcze, od tamtego czasu odkryłem wiele innych rzeczy, za które mógłbym go nienawidzić.
Ale Antonio już go nie słuchał. Machnął tylko ręką w stronę palazzo.
- Oto i twój brat. Załatw to z nim.
Luca Di Lazaro opierał się nonszalancko o framugę otwartych drzwi tarasowych, wypełniając przejście i blokując drogę jakiejś biednej dziewczynie, która miała pecha na niego trafić.
Serce Raphaela skurczyło się w momencie czystej nienawiści, kiedy patrzył, jak Luca pochyla się i mówi coś do dziewczyny. Niewątpliwie jakiś komplement bez znaczenia. Coś, co miało ją oczarować i dać jej złudne poczucie bezpieczeństwa. Była to rutyna, którą doskonalił przez lata na niezliczonych, naiwnych, młodych modelkach. Dziewczyna Raphaela była jedną z nich.
W tym momencie Luca przesunął się kawałek i Raphael mógł dostrzec dziewczynę, którą złapał w pułapkę.
Przebrała się z przezroczystego stroju w jedwabną sukienkę, w której wyglądała niezwykle zmysłowo.
Czując falę adrenaliny, bez wahania zaczął przeciskać się przez tłum w ich stronę. Kiedy Luca go dostrzegł, wyprostował się.
- No proszę, proszę. Powrót syna marnotrawnego. - Jego głos ociekał sarkazmem. - Przedstawiłbym cię, ale dopiero się spotkaliśmy i nie miałem jeszcze okazji poznać imienia tej piękności...
Cesare Saracino kazał taksówkarzowi czekać, wysiadł z samochodu i poszedł w stronę małego, staroświeckiego sklepu rzeźniczego na końcu wyludnionej, wąskiej ulicy. Spojrzenie miał ponure.
Detektyw z łatwością ustalił adres owdowiałej matki Jilly. Cesare wprawdzie nie sądził, by ona się tu pojawiła. Nie chodziło wyłącznie o mieszkanie nad sklepem rzeźniczym w małym miasteczku na granicy Walii, gdzie nic się nigdy nie działo. Ona potrzebowała jasnych świateł, towarzystwa podziwiających ją, bogatych mężczyzn. Blasku i świetności.
Nie zastanie jej, ale matka z pewnością będzie wiedziała, dokąd udała się po ucieczce z willi. Jilly Lee będzie musiała odpokutować za swoje czyny. Cesare znajdzie ją i zaciągnie do Toskanii, zmusi, by odłożyła na pewien czas poszukiwania bogatego męża oraz swój złodziejski interes i żeby zrobiła to, do czego ją wynajął.
Bolesny grymas wykrzywił mu usta. W obecnym stanie rzeczy Jilly Lee nie będzie uwiązana na długo. Nonna była coraz słabsza, choć musiał niechętnie przyznać, że odkąd pojawiła się panna Lee, znacznie się rozpogodziła.
- Nie ma przyczyn medycznych - poinformowała go jej lekarka trzy miesiące temu, na początku roku. - Ale pana babka ma już ponad osiemdziesiąt lat i jest wdową. Od jak dawna?
- Od trzydziestu lat.
- I widzi, jak po kolei odchodzą jej rówieśnicy. Ciało coraz bardziej słabnie, więc maleje wola życia. Ten stan będzie postępował.
Odepchnął od siebie straszną myśl, że Nonna po prostu poddała się, i zaproponował, by zatrudnić osobę do towarzystwa.
- Kogoś, kto będzie mi czytał, gdy ja będę haftować? I opowiadał mi w monotonny, typowy dla starszych osób sposób o tym, jak niedobra jest dzisiejsza młodzież, i zanudzał mnie niekończącymi się historiami z minionej młodości? - Poklepała jego dłoń z miłym, czułym uśmiechem. - Raczej nie.
- Kogoś, kto dotrzyma ci towarzystwa.
- Rosa może to robić.
- Rosa ma dużo pracy w domu. Nie ma czasu chodzić z tobą do ogrodu.
Spojrzała zimnym wzrokiem.
- Jest mnóstwo ogrodników, którzy podniosą mnie, gdy upadnę, umierając, jeśli to cię gryzie.
Ujął w dłonie jej delikatne ręce.
- Spędzam w willi tyle czasu, ile mogę, ale często wyjeżdżam. Oczywiście, że się o ciebie martwię. Przygarnęłaś mnie, gdy byłem upartym dwunastolatkiem. Troszczyłaś się o mnie, pozwól, że teraz ja zaopiekuję się tobą. A poza tym, kto powiedział, że osoba do towarzystwa musi być zdziecinniałą staruszką?
Osobiście przygotował ogłoszenie, zaproponował niebotyczną pensję, brał udział w rozmowach z kandydatkami i zauważył pierwszą iskrę zainteresowania, gdy pojawiła się Jilly Lee.
Na pierwszy rzut oka wydała mu się znajoma. Czy widział jej twarz w nocnym klubie we Florencji, gdzie zabawiał amerykańskiego klienta, który zapragnął odprężyć się w atrakcyjnym miejscu? Ale tam wszystkie dziewczyny polujące na męża wyglądały tak samo. Długie, rozpuszczone blond włosy, pełne, szkarłatne usta, kuse sukienki podkreślające biust i długie nogi. W ciągu trzydziestu czterech lat podrywało go tak wiele z nich, że dobrze znał ten typ. Nie bez powodu Nonna uważała, że jest cyniczny.
Odepchnął od siebie te myśli. To prawda, panna Lee miała długie, jedwabiste blond włosy, ale związała je czarną aksamitną wstążką, a niebieska, luźna sukienka miała skromną długość, choć nie zakrywała ewidentnych krągłości.
Tak jak podczas trzech poprzednich spotkań pełnił jedynie rolę obserwatora. Rozmowę prowadziła Nonna, on wtrącał się tylko wtedy, gdy uznał, że coś wymaga doprecyzowania.
W porównaniu z poprzednimi kandydatkami Jilly wydawała się idealna. Dwadzieścia pięć lat, a więc z pewnością nie nudziara w średnim wieku, której obawiała się Nonna. Angielka, ale wystarczająco dobrze znająca włoski. Miała świetne referencje ze znanego sklepu londyńskiego. Spędziła trochę czasu, zwiedzając Włochy, ucząc się języka, podejmując różne prace, przemieszczała się, nie zatrzymując nigdzie zbyt długo. Teraz chciała na stałe osiedlić się w tym pięknym kraju.
Prawie nie patrząc na niego, gawędziła z łatwością, wdziękiem i otwartością. Nonna - już oczarowana - poprosiła ją, by wyszła na chwilkę, i gdy zostali sami, powiedziała do wnuka:
- Podoba mi się. Jest młoda, pełna życia i bardzo ładna. Właśnie tego potrzebuję, skoro ty uparcie nie chcesz przyprowadzić mi tu młodej żony, która rozjaśniłaby moje dni i zabawiałaby mnie. Dodatkowo mogłabym przy tej dziewczynie poćwiczyć angielski. Kiedyś znałam ten język dobrze, ale teraz zaniedbałam go. Jak sądzisz? Zatrudnimy ją?
Zawahał się, ale tylko przez chwilę. Ostatnia kandydatka wydawała się idealna, ale coś było nie tak. Odczuwał dziwny niepokój, którego nie potrafił określić.
Odepchnął od siebie tę myśl lekkim wzruszeniem ramion. Nonna ją lubiła, a to było najważniejsze. Po raz pierwszy od bardzo dawna była pełna entuzjazmu.
- Jeśli tego właśnie chcesz.
Zrobiłby dla niej wszystko. Tak wiele jej zawdzięczał. Była pierwszą osobą, która okazała mu prawdziwe uczucie. Jego rodzice nigdy tego nie robili, ani w stosunku do niego, ani do innych. To było nieudane, dynastyczne małżeństwo. Ojciec, pracoholik, rzadko bywał w domu, a matka, by to sobie wynagrodzić, wydawała pieniądze garściami i miała licznych kochanków.
Przypuszczał, że nie rozwiedli się wyłącznie dla zachowania pozorów. W ich kręgach towarzyskich pozory były najważniejsze.
Zginęli w katastrofie małego samolotu, będąc, co rzadko im się zdarzało, w tym samym miejscu i czasie, a on odziedziczył ogromne konsorcjum rodzinne, zajmujące się praktycznie wszystkim: od przemysłu petrochemicznego, przez luksusowe hotele, po obrót dziełami sztuki i kamieniami szlachetnymi.
Nonna pomogła mu dojść ze wszystkim do ładu. Oczywiście do chwili jego pełnoletności firmą mieli kierować członkowie zarządu, starannie wybrani przez jego zmarłego ojca, ale ona zatrudniła prywatnego nauczyciela, który pomógł mu opanować wiedzę dotyczącą jego przyszłego dziedzictwa. Ten projekt szybko go wciągnął.
Nie mógł jej niczego odmówić, ale ostrożność i ten niepokój kazały mu dodać:
- Zmienię nieco swoje plany i zostanę na miejscu przez kilka pierwszych tygodni, żeby upewnić się, czy pasujecie do siebie.
Idąc wilgotnym korytarzem w stronę drzwi prowadzących do pomieszczeń nad sklepem, poczuł nagłe ukłucie gniewu. Jilly Lee oczarowała jego babcię. Nonna całkowicie jej zaufała, potrzebowała jej towarzystwa i faktycznie lubiła to, co ta podstępna, bezczelna dziewczyna nazywała babskimi plotkami. A gdy postawił jasno kwestię, że nie chce jej w swoim łóżku i nie jest do wzięcia - zniknęła. Zabierając ze sobą mnóstwo pieniędzy należących do starszej pani.
Jednak teraz za to zapłaci.
Milly Lee włączyła lampę nad głową i zaciągnęła skąpe zasłony, by nie patrzeć na mokry przygnębiający, kwietniowy wieczór. Przez cały dzień padało. Wnętrze małego pokoju było chłodne i przygnębiające. Po śmierci matki chciała wyprowadzić się najszybciej, jak się dało - znalazłaby dla siebie niedrogą kawalerkę, wystarczającą dla jednej osoby - ale wówczas Jilly nie wiedziałaby, jak ją znaleźć, a ponieważ opuściła pracę we Florencji, Milly nie miała pojęcia, jak się z nią skontaktować.
Oczywiste było, że jej bliźniacza siostra jest bezmyślna, ale to nie znaczyło, że za jakiś czas nie będzie chciała nawiązać kontaktu z rodziną. Milly ze smutkiem pomyślała, że Jilly nawet nie wie o śmierci ich matki. To by nią wstrząsnęło. Tak więc dopóki siostra nie przypomni sobie, że ma rodzinę, i nie odezwie się, Milly musi tu pozostać.
Odgarniając opadającą na oczy krótką blond grzywkę, otworzyła lokalną gazetę wieczorną, kupioną po drodze do domu, i zaczęła przeglądać ogłoszenia o pracy.
Będzie musiała znaleźć nową pracę.
Manda, jej szefowa, powiedziała dziś rano, że sprzedaje wszystko. Wraz z mężem chcieli mieć dziecko - miała trzydzieści sześć lat, więc czas był najwyższy. A poczęcie mogło być łatwiejsze, jeśli nie będzie biegać od Annasza do Kajfasza już bladym świtem.
Prawdopodobieństwo tego, że interes przejmie inna florystka i zatrzyma Milly, było nikłe - zyski bardzo spadły w zeszłym roku.
- Zacznij lepiej szukać innej pracy - ostrzegła ją Manda. - Jeśli coś znajdziesz, nie przejmuj się okresem wypowiedzenia. Mogę zwinąć wszystko sama. Naprawdę.
To znaczyło, że jeśli chce mieć pieniądze na czynsz, musi bardzo szybko coś znaleźć.
Dźwięk dzwonka ją ucieszył. Cleo, jej najlepsza przyjaciółka jeszcze z czasów szkolnych, miała wpaść wieczorem z butelką wina na omawianie ślubnych planów. Milly miała być główną druhną.
Ciesząc się, że przyjaciółka przyszła kilka godzin wcześniej - wstępnie umówiły się na dziewiątą - zbiegła po wąskich schodach, by ją wpuścić. I stanęła oko w oko z nieznajomym.
Niesamowicie przystojnym.
Dziwny dreszcz spłynął w dół jej pleców, gdy w ciemnych oczach mężczyzny przez chwilę zabłysł triumf, a nieprzyzwoicie zmysłowe usta wygięły się w uśmiechu, który był bardziej drapieżny niż przyjacielski.
- Nie zmyli mnie to przebranie, Jilly, ale pasuje do ciebie - wierz mi lub nie.
W głębokim głosie pobrzmiewał obcy akcent; Milly się zmieszała. Nieznajomy najwyraźniej sądził, że ma przed sobą jej urzekającą bliźniaczkę, ubraną w zupełnie nietypowym dla siebie stylu - stare, sprane dżinsy i wełniany sweter, charakterystyczne długie, piękne włosy przycięte na pazia. Pokręciła głową, chcąc mu powiedzieć, że popełnił niezrozumiały dla niej błąd. Ale ubiegł ją, przeciskając się obok niej i cedząc przez zęby:
- Powinnaś wiedzieć, że nie zdołasz się ukryć. Lekcja numer jeden - nikt nie zadziera ze mną i z moją rodziną. Lekcja numer dwa - zapłacisz za to, że spróbowałaś.
O niebiosa! Co tym razem Jilly zrobiła? To palące pytanie nie zostało wypowiedziane, gdyż dotarł do słabo oświetlonych schodów i odwrócił się twarzą do niej. Wyglądał tak onieśmielająco, że wstrzymała oddech, serce biło jej mocno, przez chwilę nie mogła wymówić słowa.
Miał około stu osiemdziesięciu centymetrów wzrostu, był idealnie zbudowany: szerokie ramiona, wąska talia i długie nogi. Ciemne włosy, błyszczące od kropel deszczu, były dobrze ostrzyżone. Rysy miał surowe, ale niesamowicie zmysłowe usta dodawały im ciepła. I te oczy - koloru gorzkiej czekolady z błyskami bursztynu, wpatrujące się w jej zielone oczy.
- Moja babcia za tobą tęskni. Nie sprawisz jej zawodu. Powiedziałem, że musiałaś opuścić willę z powodów rodzinnych. I tej wersji masz się trzymać.
Piękne usta zacisnęły się z niesmakiem.
- Osobiście nie pozwoliłbym ci zbliżyć się do mojego domu na kilometr. Ale dla dobra Nonny wrócisz jutro ze mną do Toskanii. Podejmiesz swoje obowiązki, będziesz ją czarować i zabawiać, ale z jednym ograniczeniem - poinformował ją chłodno. - Nie będzie wyjazdów na zakupy do Florencji pod pretekstem rozerwania jej. Zrozumiano?
Nie czekając na odpowiedź, ciągnął lodowatym tonem, a jego oczy groźnie patrzyły na jej poszarzałą twarz.
- Alternatywą jest więzienie. Finansami mojej babki zajmuję się osobiście. Sądziłaś, że duże wypłaty gotówki pozostaną niezauważone? Że nie sprawdzę tego? Podrobione podpisy na czekach są wystarczająco dobre dla urzędnika w banku, znającego cię jako osobę towarzyszącą starszej pani korzystającej zawsze z gotówki, bo według niej plastikowe pieniądze to dzieło szatana. Ale nie dość dobre, żeby mnie oszukać. Ani eksperta powołanego przez sąd.
Milly zbladła. Nie mogła się ruszyć. Serce waliło jej tak mocno, że ledwo mogła oddychać. Kręciło jej się w głowie.
Cały czas starała się zrozumieć, o czym on mówi. Walczyła z instynktowną potrzebą przerwania mu i wyjaśnienia wszystkiego, ponieważ z każdym jego słowem była coraz bardziej pewna, że jej siostra ma kłopoty. A gdy wspomniał o więzieniu, oszustwie i kradzieży, ujawnienie faktu, że to nie jej szuka, było niemożliwe.
Jilly była w ogromnych tarapatach i Milly zdała sobie sprawę, że nie może nic powiedzieć, dopóki nie wymyśli, co robić, jak chronić siostrę. Może mieć tylko nadzieję, że to koszmarny sen.
Ale to była rzeczywistość.
Nieznajomy odwrócił się i miękkim, pewnym krokiem poszedł w stronę drzwi. Otworzył je, wpuszczając wilgotne powietrze.
- Przyjadę po ciebie o szóstej rano. Bądź gotowa. Jeśli spróbujesz znów zniknąć, znajdę cię. Tego możesz być pewna.
Odwrócił się, jego oczy były zimne.
- Jeśli nie zastosujesz się do moich żądań, nie zawaham się. Będę cię ciągał po sądach i umieszczę za kratkami. Ze wszystkich sił chcę chronić babcię przed cierpieniem wywołanym odkryciem, że towarzyszka, której zaufała, na której polegała i którą pokochała, jest tylko podłą złodziejką. Ale nawet to ma swoje granice.
Rejestracja użytkownika
Zarejestruj się w naszym serwisie, by oceniać książki, dodawać opinie oraz spotkać osoby, które tak jak Ty lubią czytać książki.
Zapisz się na newsletter, a otrzymasz prezent w postaci eBooka „Raj na Ziemi”, Mary Alice Monroe
Masz już konto?
Zaloguj się
Hity Miesiąca
-
1. W cieniu starych drzew
- Autor:
- Seria:
- Satine
- Ocena:
-
- Cena:
- 19.99 zł
- Kup taniej:
-
-
2. Bratnie dusze
- Autor:
- Seria:
- Romans
- Ocena:
-
- Cena:
- 34.99 zł
- Kup taniej:
-
-
3. Trzej bracia
- Autor:
- Seria:
- Romans
- Ocena:
-
- Cena:
- 34.99 zł
- Kup taniej:
-
Top 10 Tygodnia
-
1. Pozory mylą, W zamku nad Loarą
- Autor:
- Seria:
- Światowe Życie DUO
- Ocena:
-
- Cena:
- 14.99 zł
- Dostępność książki:
- Wyprzedane
-
2. Koło fortuny
- Autor:
- Seria:
- Romans
- Ocena:
-
- Cena:
- 9.99 zł
- Kup taniej:
-
-
3. Serce milionera
- Autor:
- Seria:
- Światowe Życie
- Ocena:
-
- Cena:
- 9.99 zł
- Kup taniej:
-
-
4. Na paryskich salonach
- Autor:
- Seria:
- Światowe Życie
- Ocena:
-
- Cena:
- 9.99 zł
- Kup taniej:
-
-
5. Niezapomniany wernisaż
- Autor:
- Seria:
- Światowe Życie Extra
- Ocena:
-
- Cena:
- 9.99 zł
- Kup taniej:
-
Nowość
Nowość
Kłopotliwy spadek
- Autor:
- Seria:
- Gwiazdy Romansu
- Ocena:
-
- Cena:
- 12.99 zł
- Kup taniej:
-
Bezpłatny Newsletter
Zapisz się. Poinformujemy Cię o promocjach i konkursach z nagrodami.