Zaczęło się w Portofino, Willa w Prowansji

Catherine Spencer, Christina Hollis

Zaczęło się w Portofino, Willa w Prowansji

Średnia ocena:
4.29 (7 głosów)
Ocena:
4
Autor:
Catherine Spencer, Christina Hollis
Seria:
Światowe Życie DUO
Liczba stron:
320
Oprawa:
miękka
ISBN:
9788323881100
W sprzedaży od:
19.10.2011
Cena:
14.50 zł
Dostępność książki:
Wyprzedane

Zarejestruj się i:

O książce

Bogaty i przystojny Dario Costanzo uwiódł piękną Maeve. Z jego strony miała to być krótka przygoda miłosna. Gdy się okazało, że Maeve spodziewa się dziecka, wzięli ślub. Małżeństwo jednak nie układa się najlepiej. Pewnego dnia Maeve ulega wypadkowi i traci pamięć. Dario dostrzega w tym swoją drugą szansę, by od nowa zbudować szczęście...

Michelle pracuje jako gospodyni w bogatej rezydencji w Prowansji. Przybywa tam z wizytą włoski potentat przemysłowy, Alessandro Castiglione. Znudzony i zblazowany biznesmen zaczyna romans dla rozrywki. Gdy Michelle oddaje mu serce, Alessandro wyjeżdża. Michelle nie spodziewa się, że go jeszcze zobaczy...

 

 

Fragment książki:


Czwartego września, o godzinie dziesiątej rano, Dario Costanzo odebrał telefon, którego właściwie już się nie spodziewał. Od dnia wypadku upłynęło przecież tyle czasu...
   Dzwonił doktor Peruzzi, szef kliniki neurologicznej, w której leżała Maeve.
   - Dziś rano pańska żona wybudziła się ze śpiączki.
   Neutralny ton doktora sugerował, że nie wszystko jest w porządku i Dario przygotował się na złe nowiny. Ostatnio wiele czytał na temat uszkodzeń mózgu i nie bardzo wierzył w możliwość poprawy.
   - Ale? – spytał. – Bo jest jakieś ale, prawda, doktorze?
   - Owszem.
   Tylko mu się wydawało, że jest na to przygotowany. Wspomnienie Maeve z głową owiniętą bandażami i podłączonej do aparatury podtrzymującej życie, kontrastowało nieznośnie z obrazem, jaki pamiętał sprzed wypadku.
   Jego żona… Zawsze tak piękna, urocza, elegancka…
   A teraz? Nagle ugięły się pod nim nogi i gwałtownie usiadł przy biurku.
   - Słucham pana – odezwał się do słuchawki.
   - Fizycznie wszystko wskazuje na to, że pani Costanzo zmierza do pełnego wyzdrowienia. Naturalnie jest jeszcze bardzo słaba, ale przy odpowiednich staraniach wkrótce będzie mogła wrócić do domu i tam kontynuować rekonwalescencję. Problem, panie Costanzo, leży w psychice.
   Dario czekał, zlany zimny potem.
   - Nie chciałbym pana niepotrzebnie przerazić. To stan dosyć częsty po tego rodzaju urazach i z pewnością nie jest aż tak źle, jak mógłby się pan obawiać.
   - Co pan sugeruje, doktorze?
   - Nie sugeruję niczego. Próbuję wyjaśnić, że pańska żona cierpi na amnezję wsteczną. Krótko mówiąc, nie pamięta… niedawnej przeszłości.
   To lekkie zawahanie znów obudziło najgorsze obawy Daria.
   - Jak niedawnej?
   - To jest właśnie to, co wyróżnia jej przypadek. Zazwyczaj amnezja wsteczna dotyczy tylko chwil bezpośrednio przed wypadkiem. Utrata pamięci u pańskiej żony dotyczy natomiast stosunkowo długiego okresu. Z przykrością stwierdzam, że pani Costanzo nie pamięta pana ani waszego wspólnego życia.
   Amnezja psychogenna… amnezja histeryczna… Jeszcze kilka miesięcy wstecz te hasła nic dla niego nie znaczyły. Teraz jednak był już z nimi nieźle zaznajomiony.
   - Chce pan powiedzieć, że jej amnezja jest wywołana czynnikami psychologicznymi?
   - Wszystko na to wskazuje. Na szczęście taki stan rzadko bywa permanentny. Z czasem żona niemal na pewno odzyska pamięć.
   - Jak długo to może potrwać?
   - Tego nie jestem w stanie przewidzieć. Ani ja, ani nikt inny. Być może przypomni sobie wszystko z chwilą powrotu na znajomy teren. Bardziej prawdopodobne, że potrwa to dni czy nawet tygodnie, a pamięć będzie wracała fragmentami. Jakiekolwiek próby przyspieszenia tego procesu będą nieskuteczne i tylko pogorszą sytuację. I to jest właśnie zadanie dla pana. Przede wszystkim potrzeba cierpliwości. Zabierze pan żonę do domu, ale na razie proszę ograniczyć spotkania z innymi osobami. Niech najpierw poczuje się pewnie i bezpiecznie z panem.
   - Jak? Przecież mnie nie pamięta.
   - Wkrótce jej wyjaśnimy, kim pan jest. Wsparcie bliskiej osoby jest w takiej sytuacji bardzo ważne. Musi pan pokazać, że naprawdę panu na niej zależy. A potem, stopniowo, przedstawi ją pan reszcie rodziny.
   - A co z naszym siedmiomiesięcznym synem? Mam udawać, że jest dzieckiem kucharki?
   Doktor pominął jego sarkazm milczeniem.
   - Pańska żona nie jest jeszcze gotowa na taki szok. Radziłbym zostawić chłopca pod opieką siostry lub rodziców.
   - Mam pozbawić matkę dziecka i vice versa?
   - Poczucie winy mogłoby nią wstrząsnąć i pozostawić trwały uraz. Niepamięć o urodzeniu dziecka jest niezgodna z naturą macierzyństwa.
   - Rozumiem.
   Maeve wprawdzie wybudziła się ze śpiączki, ale wciąż była daleka od wyzdrowienia.
   - I proszę, przynajmniej na razie, nie oczekiwać z jej strony intymności.
   - Naprawdę tylko tyle mogę dla niej zrobić? Sypiać w oddzielnym pokoju i odesłać syna z domu?
   - Ależ skąd – odparł raźno Peruzzi. – Pańska żona straciła pamięć, a nie intelekt. Niewątpliwie zada panu mnóstwo pytań. Proszę jej udzielać szczerych, ale nie nazbyt rozbudowanych odpowiedzi. A przede wszystkim, proszę niczego na siłę nie przyspieszać. Każdy drobiazg będzie jedną cegiełką, odbudowującą jej pamięć. Kiedy zbierze się ich dosyć, brakujące miejsca wypełnią się same.
   - A jeżeli nie spodoba jej się część tego, co sobie przypomni?
   - Wtedy będzie pan musiał zachować zimną krew i podtrzymywać ją na duchu. Musi mieć świadomość, że, niezależnie od wydarzeń z przeszłości, może na panu polegać.
   - Czy mógłbym ją odwiedzić?
   - Wolałbym nie. I tak jest jej trudno radzić sobie z teraźniejszością, a pańskie pojawienie się mogłoby zaburzyć cały proces. Wkrótce znów będą państwo razem i spokojnie odbudują swoją relację.
   - Rozumiem – powtórzył Dario, chociaż stwierdzenie było jak najdalsze od prawdy. – I bardzo dziękuję, że zechciał mi pan to wszystko wyjaśnić.
   - Cała przyjemność po mojej stronie. Naprawdę chciałbym móc przekazywać podobne zachęcające nowiny rodzinom innych moich pacjentów. Skontaktuję się z panem, kiedy żona będzie w pełni gotowa na powrót do domu. W międzyczasie cały nasz zespół jest gotów odpowiadać na pańskie pytania i wątpliwości. Do widzenia, panie Costanzo, i proszę być dobrej myśli.
   - Do widzenia i jeszcze raz dziękuję.
   Dario odłożył słuchawkę i w zamyśleniu skierował się do okna. W bezpiecznym schronieniu ogrodu młoda niania śpiewała jego synkowi. To, że żona mogła zapomnieć męża, było kompletnie niezrozumiałe. Ale to, że matka mogła wymazać z pamięci fakt istnienia swojego jedynego dziecka – doprawdy wymykało się wszelkiemu pojmowaniu.
   W jego rozmyślania wdarł się inny głos, wyważony i autorytatywny.
   - Jak słyszę, nastąpiła poprawa jej stanu?
   Dario odwrócił się do gościa. Czarne włosy zebrane w idealny, klasyczny kok, nieskazitelny, dopasowany do smukłej sylwetki lniany kostium barwy écru, ożywiony perłami przy szyi i w uszach. Dobiegającą sześćdziesiątki Celeste Costanzo można było z powodzeniem wziąć za czterdziestopięciolatkę.
   - Wyglądasz, jakbyś zamierzała wziąć szturmem mediolańskie targi mody, mamo – zauważył.
   - Fakt, że znajdujemy się z daleka od ludzkich oczu, nie uprawnia do niechlujstwa – odpowiedziała Celeste. – Ale nie zmieniaj tematu. Co z Maeve?
   - Wybudziła się ze śpiączki i najpewniej wkrótce wróci do zdrowia.
   - A więc, będzie żyła?
   - Mogłabyś chociaż spróbować nie okazywać rozczarowania – odparł sucho. – Poza wszystkim, mówimy o matce twojego jedynego wnuka.
   - Nie pojmuję, dlaczego wciąż jej bronisz, zwłaszcza w świetle tego, co się wydarzyło.
   - Nie wiemy, co się wydarzyło. Z dwóch osób, które znają prawdę, jedna nie żyje, a druga straciła pamięć.
   - To coś nowego! Teraz udaje, że nie pamięta, jak chciała cię opuścić, zabierając ze sobą waszego syna? Bardzo wygodne wytłumaczenie!
   - To niedorzeczne i doskonale o tym wiesz. Maeve nigdy by czegoś takiego nie zrobiła, zresztą nie zdołałaby nabrać tak doświadczonych lekarzy.
   - Więc uwierzyłeś w tę diagnozę?
   - Owszem i tobie też to radzę.
   - Na to nie licz.
   - Lepiej przemyśl tę decyzję, o ile oczywiście chcesz być mile widziana w moim domu – odparł sucho.
   Celeste pobladła pod opalenizną.
   - Jestem twoją matką!
   - A Maeve jest moją żoną.
   - Ciekawe, na jak długo. Dopóki znów nie spróbuje uciec? Dopóki nie odkryjesz, że Sebastiano żyje na drugim końcu świata i nazywa ojcem jakiegoś innego mężczyznę? Kiedy w końcu uwierzysz, że to nie jest kobieta dla ciebie?
   - Maeve jest matką naszego syna! – wybuchnął, dając upust frustracji narastającej w nim od tygodni. – I wolałbym, żebyś się powstrzymała od komentowania jej walorów jako matki i partnerki.
   - Z pewnością nie będę musiała – odparła Celeste, niewzruszona. – Najlepiej o niej zaświadczy jej własne zachowanie.

Cały personel kliniki, gdzie opiekowano się nią tak troskliwie, przybył, żeby ją pożegnać. Lekarz powiedział jej tylko, że uczestniczyła w wypadku drogowym i nie powinna się niepokoić chwilowym zanikiem pamięci. Zapewnił ją, że wkrótce wszystko wróci do normy.
   Ten sam lekarz oddalił jej obawy co do tego, kto płacił rachunki i przysyłał jej kwiaty, tylko jednemu, młodemu posługaczowi wymknęło się słówko „on”, ale zaraz przełożona pielęgniarek uciszyła go lodowatym spojrzeniem.
   On, czyli kto? Maeve chciała zapytać, ale wyczuwając, że to pytanie nie byłoby mile widziane, zadała inne.
   - A czy przynajmniej mogłabym się dowiedzieć, dokąd dostanę zabrana po opuszczeniu kliniki?
   - Oczywiście – odpowiedziała z podejrzaną słodyczą pielęgniarka. – Do miejsca, gdzie mieszkała pani wcześniej, razem z bliskimi osobami.
   Kilka dni wcześniej powiedziano jej, że będzie odbywała rekonwalescencję w miejscu zwanym Pantelleria. Nigdy dotąd o nim nie słyszała.
   - Kto tam będzie? – zapytała.
   - Dario Costanzo…
   O nim też nigdy nie słyszała.
   - Pani mąż – dodano jeszcze.
   Zaskoczona i zaszokowana, nie pytała więcej.
   Personel kliniki zebrany wokół czarnej limuzyny, którą miała odjechać, zasypywał ją gradem dobrych życzeń.
   - Będziemy tęsknić – wołali chórem, uśmiechając się i machając chusteczkami. – Proszę nas odwiedzić, kiedy już wróci pani do formy.
   I nagle, po niezliczonych dniach, kiedy miała tak bardzo dosyć ich nieustannej troskliwości, narodziła się w niej obawa przed rozstaniem. Należeli do czasu „po”, a ich obecność pozwalała jej zakotwiczyć się w teraźniejszości. Czas przed wypadkiem był w księdze jej życia brakującą kartą. Teraz będzie zmuszona wypełnić ją treścią.
   Towarzysząca jej pielęgniarka wyczuła panikę i lekko dotknęła ramienia Maeve.
   - Proszę się nie obawiać. Odprowadzę panią do samolotu.
   Myśl o wmieszaniu się w tłum była przerażająca. Spojrzenie w lustro uświadomiło jej niedostatki własnego wyglądu. Pomimo doskonałego jedzenia i wielogodzinnego odpoczynku w słonecznym ogrodzie wciąż była blada i mizerna. Włosy, niegdyś długie i lśniące, były teraz krótkie i ledwo zakrywały długą bliznę powyżej lewego ucha, a ubranie wisiało niczym na wieszaku.
   Limuzyna wjechała na teren lotniska, kierując się w stronę pasa położonego z dala od głównego terminala, gdzie stał prywatny odrzutowiec. Umundurowany steward czekał na zewnątrz, by wprowadzić ją na pokład.
   Kim jest jej mąż, że ona, skromna córka hydraulika i kasjerki w supermarkecie, mogła sobie dziś pozwolić na podobny luksus?
   Na wspomnienie ukochanych rodziców do oczu napłynęły jej łzy. Gdyby wciąż żyli, znalazłaby się u nich, w małym, schludnym domku w cieniu klonów, koło parku, gdzie jako siedmiolatka uczyła się jeździć na rowerze.
   Mama troszczyłaby się o nią i piekła ciasto z jeżynami, a tata powtarzałby, jaki jest z niej dumny. Niestety oboje już nie żyli. Ojciec zmarł po zaledwie kilku tygodniach na emeryturze, w wieku sześćdziesięciu ośmiu lat, mama w trzy lata później, a mały, schludny domek sprzedano obcym. Maeve, wyczerpana przeżyciami, zagłębiła się w wygodnym, skórzanym fotelu, a samolot już grzał silniki, by ponieść ją w nieznane.

Chociaż niespecjalnie rozmowny, steward nie okazał się tak oszczędny w słowach jak personel kliniki, więc Maeve zapytała o cel ich podróży.
   - To Pantelleria – wyjaśnił w niezłym angielskim, podając jej na spóźniony lunch pierś kurczaka ze szparagami.
   - Słyszałam już tę nazwę.
   - To wyspa określana także mianem czarnej perły Morza Śródziemnego.
   - Należy do Włoch?
   - Tak. Leży jakieś sto kilometrów na południowy zachód od Sycylii i osiemdziesiąt od Tunezji.
   Sycylia i Tunezja – z tym nie było kłopotu, ale nazwa Pantelleria wciąż nic jej nie mówiła.
   - Opowiedz mi o niej.
   - Jest niewielka i wietrzna. Drogi są kiepskie, ale rosną tam słodkie winogrona, morze jest przejrzyste i błękitne, a nurkowanie i zachody słońca fantastyczne.
   - Dużo jest stałych mieszkańców?
   - Niewielu, ale latem przyjeżdżają turyści.
   - Od jak dawna tam mieszkam?
  Pytanie było zbyt osobiste i steward zamilkł. Dopiero po chwili zaproponował jej drinka.
   Uśmiechnęła się i spróbowała podejść go inaczej.
   - A co zazwyczaj pijam?
   Wysiłek nie przyniósł efektu. Strażnik był czujny.
   - Mamy wino, soki, mleko i wodę gazowaną. Mogę też podać espresso.
   - Proszę o wodę.
   Nie zdawała więcej pytań, chociaż kłębiły jej się w głowie, kiedy samolot schodził do lądowania. Na pasie powitał ją nieznajomy mężczyzna.
   Jeżeli Pantelleria była czarną perłą Morza Śródziemnego, jego należałoby nazwać klejnotem koronnym. Wysoki, szeroki w ramionach, opalony, wprost nieprawdopodobnie przystojny.
   I teraz ten oto książę wziął ją za rękę.
   - Witaj, Maeve – powiedział głębokim, ciepłym głosem. – Jestem twoim mężem. Bardzo się cieszę, że w końcu wróciłaś do domu.
   Perfekcyjnie uczesany i ogolony, nosił jasne, lniane spodnie i niebieską, bawełnianą koszulę. Ona sama czuła się przy nim jak obszarpaniec. On zapewne, pomimo gładkich słów, też tak sądził, bo w głębi ciemnych oczu czaiło się współczucie. Znała dobrze to uczucie jeszcze ze szkolnych lat.
   Kosztem ogromnych wyrzeczeń ze strony rodziców, uczyła się w jednej z najlepszych prywatnych szkół w mieście, ale ich ubóstwo przysporzyło jej wielu upokorzeń.
   Zmieszanie pokryła uśmiechem.
   - Wybacz mi, proszę, ale nie pamiętam twojego imienia.
   Zjawiskowy mężczyzna nie okazał zdumienia.
   - Jestem Dario – odpowiedział po prostu.
   - Dario – powtórzyła, jakby przymierzając się do tego słowa.
   Niestety nie chciało zabrzmieć bardziej znajomo. Wbrew swoim nadziejom nie usłyszała od niego ani słowa na temat ich związku, natomiast w oczach Daria dostrzegła cień rozczarowania czy też może wyrzutu…
   Cokolwiek tam było, zamaskował to szybko i wskazał zaparkowane nieopodal srebrzyste porsche.
   - Wsiądźmy – zaproponował. – Strasznie dziś wieje.
   Istotnie, wiał silny, gorący wiatr. Z przyjemnością schroniła się w klimatyzowanym wnętrzu.
   Ponieważ Dario uparcie milczał, Maeve poświęciła uwagę otoczeniu. Jechali na południe drogą wzdłuż wybrzeża, wąską, krętą i wyjątkowo malowniczą.
   Po lewej, na zboczu pagórka, leżały winnice chronione kamiennymi murkami i gaje oliwne ze starymi, pochylonymi od wiatru drzewami.
   Po prawej, wzdłuż poszarpanych klifów, przez turkusowo szmaragdowe fale prześwitywały czarne, wulkaniczne skały.
   Minęli urokliwą osadę rybacką. Stare domki w kształcie sześcianów stały w grupkach, a na ich płaskich dachach widać było charakterystyczne wyżłobienia.
   - Do zbierania deszczówki – wyjaśnił Dario w odpowiedzi na jej nieśmiałe pytanie. – Pantelleria to wyspa wulkaniczna z licznymi podziemnymi źródłami, ale z powodu wysokiej zawartości siarki woda nie nadaje się do picia.
   Niestety ta skąpa informacja nie poruszyła w niej żadnej struny i nie pozostało jej nic innego, jak pytać dalej.
   - Podobno wyspa jest nieduża – powiedziała.
   - Tak.
   - Więc do domu mamy niedaleko?
   - Tu wszędzie jest blisko. Pantelleria ma tylko czternaście i pół kilometra długości i niecałe pięć szerokości.
   Jego małomówność była dosyć stresująca.
   - Od jak dawna jesteśmy małżeństwem?
   - Niewiele ponad rok.
   - Byliśmy szczęśliwi?
   Usztywnił się, a czoło przecięła mu zmarszczka.
   - Chyba nie.
   Zrobiło jej się smutno. Wyszła za tego przystojnego mężczyznę i nosiła jego obrączkę, chociaż teraz nie miała jej na palcu. Sypiała w jego ramionach, budził ją pocałunkami. I w jakiś sposób wszystko to jej umknęło.
   - Dlaczego?
   Wzruszył ramionami i tylko mocniej ścisnął kierownicę. Miał piękne, eleganckie dłonie, o długich, smukłych palcach. On też nie nosił obrączki.
   Miała ochotę wypytywać, ale było w nim tyle rezerwy, że poddała się temu milczącemu nakazowi i znów odwróciła się do okna.
   Zjechali z głównej drogi i tajemniczym sposobem skrzydła kutej bramy osadzone w skalistej ścianie otworzyły się przed nimi, a potem zamknęły gładko, gdy tylko przejechali.
   Podjazd obrzeżały karłowate palmy, dom, dużo większy od innych, jednopiętrowy i także przykryty dachem z charakterystycznymi wyżłobieniami, wyglądał bardzo zasobnie.
   Dario zatrzymał przed frontowym wejściem.
   - Witaj w domu, Maeve.
   Otworzyła drzwi i wysiadła. O zmierzchu wiatr ucichł, a powietrze przepełniał aromat sosen. Na niebie migotały już pierwsze gwiazdy, a z miejsca, gdzie stała, roztaczał się fantastyczny widok na Morze Śródziemne.
   Maeve zamknęła oczy. Jakim cudem mogła nie pamiętać tego miejsca?
Dario też wysiadł i obserwował ją w milczeniu. W blasku zachodzącego słońca wydawała się taka drobna, niemal krucha. Tak bardzo pragnął wziąć ją ramiona, ale powstrzymał się na razie, pomny ostrzeżeń lekarza.



Już za chwilę! – pomyślała Michelle, gdy dziób „Arcadii” skierował się ku przylądkowi St. Valere. Przez chwilę podziwiała z oddali ogromny jacht swego pracodawcy, przecinający błękitne wody Morza Śródziemnego.
    Żałowała, że już wkrótce będzie musiała zakończyć tę tymczasową pracę – o ile pełnienie obowiązków gospodyni w rezydencji Jolie Fleur można nazwać pracą. To stanowisko było dla niej darem niebios, choć zadowolenie mąciła perspektywa rychłego końca kontraktu. A teraz Michelle przyglądała się, jak zbliża się jeszcze poważniejszy problem.
    Poprzedniego dnia kierowniczka służby zadzwoniła z jachtu i poinformowała z napięciem w głosie, że do rezydencji zawita niespodziewany gość. Michelle szybko poznała powód zdenerwowania swej przełożonej. Jeden z najważniejszych ludzi goszczonych przez jej pracodawcę źle znosił życie na pokładzie jachtu. Z początku Michelle roześmiała się, sądząc, że chodzi o chorobę morską. Okazało się jednak, że sprawa jest bardziej złożona.
    Kierowniczka wyjaśniła, że miliarder i handlarz dziełami sztuki Alessandro Castiglione pragnął na kilka tygodni całkowicie oderwać się od pracy, ale znudził go oceaniczny rejs. Jednak jej ton powiedział Michelle więcej niż słowa. Domyśliła się, co ją czeka, gdyż widywała mnóstwo tego typu mężczyzn. Alessandro Castiglione niewątpliwie jest człowiekiem bezwzględnym, dąży nieubłaganie do celu i doprowadza swoich podwładnych do rozpaczy. Wprawdzie kierowniczka nazwała go „najprzystojniejszym facetem, jakiego można zobaczyć w ilustrowanych magazynach”, jednak Michelle dobrze wiedziała, że do osiągnięcia finansowego sukcesu nie wystarczy tylko gładka buźka.
Sprzątając biura w śródmieściu Londynu, napatrzyła się dosyć na brutalną stronę biznesowego życia. Toteż nie zdziwiło jej, gdy kierowniczka dodała, że Alessandro Castiglione podobno niedawno przejął firmę po ojcu i wyrzucił niemal wszystkich pracowników, którzy w dodatku byli jego ciotkami, wujami i kuzynami!
    Co za człowiek wywala z pracy swoich krewnych? Nawet jej matka nigdy tego nie zrobiła. Michelle pomyślała o życiu, które z radością porzuciła przed kilkoma miesiącami. Praca z matką, absolutną perfekcjonistką, była piekłem. Obie jako firma Spicer i Spółka zyskały reputację dzięki świadczeniu sprawnych i solidnych usług w zakresie sprzątania wnętrz w centrum Londynu. Matka, czyli pani Spicer, przyjmowała zamówienia i wydawała polecenia, a Michelle, czyli Spółka, wykonywała całą brudną pracę.
    Ale teraz pracuję na własny rachunek! – pomyślała i pomimo zdenerwowania uśmiechnęła się lekko, czekając na przybycie sławnego gościa. Niemożliwe, aby Alessandro Castiglione okazał się gorszym tyranem niż jej matka.
    Michelle utrzymywała rezydencję Jolie Fleur w nienagannym porządku, toteż przybycie nieoczekiwanego gościa nie przysporzyło jej zbyt wiele dodatkowej roboty. A poza tym cóż może jej grozić ze strony Alessandra Castiglione? Wierzyła w swoje umiejętności i wiedziała, że jeśli będzie zadowalająco wypełniała obowiązki i nie wchodziła mu w drogę, nie ściągnie na siebie jego gniewu. Choć oczywiście człowiek, który wylał z pracy nawet swoich krewniaków, może bez wahania wyrzucić mnie na zbity pysk, pomyślała w odruchu tego samego instynktu samozachowawczego, który skłonił ją do ucieczki z Anglii.     
    Stojąc na szczycie urwistego brzegu zatoki, zobaczyła, że z pokładu startowego jachtu wzniósł się w intensywnie błękitne niebo helikopter. Dopiero gdy przelatywał nad nią, uprzytomniła sobie, że powinna przecież powitać nieproszonego gościa. Zawróciła w stronę domu, gdzie wszystko było już przygotowane. W sezonie letnim zatrudniano na stałe jedynie dozorcę i ogrodnika, lecz nie dostrzegła ich nigdzie w pobliżu.
    Nerwowo obejrzała paznokcie i uniform. Była schludna i zadbana, jak zawsze. Nieustanna praca stanowiła jej sposób radzenia sobie ze światem. Teraz powtórzyła w myśli, jak się zachowa po wylądowaniu Alessandra Castiglione: Uśmiechnę się do niego i lekko skłonię głowę. Potem podam mu rękę, powiem, żeby zadzwonił, jeśli będzie czegokolwiek potrzebował, i ulotnię się.
    Lubiła swoją pracę, gdyż mogła wykonywać ją samotnie. Ludzie zawsze budzili w niej lęk. Dlatego teraz przerażała ją perspektywa spotkania z mężczyzną, który niewątpliwie nigdy nie fotografuje się dwa razy z tą samą modelką ani z tym samym modelem samochodu.
    Warkot silnika helikoptera nasilił się. Spojrzała w górę. Może dopisze mi szczęście, pomyślała, i ten człowiek będzie spędzał całe dnie w mieście, a ja prawie wcale nie będę go widywała?
    Szybko podeszła przed front domu. Wszystkie okna i drzwi były pootwierane, gdyż uważała, że wnikająca do środka woń maków jest o wiele przyjemniejsza niż bezosobowy zapach pompowany przez klimatyzację. Zobaczyła, że helikopter zniża się nad lądowiskiem. Ryk silnika stał się niemal nie do zniesienia, więc odwróciła się i schroniła przy drzwiach.
    Po chwili znów spojrzała, spodziewając się, że helikopter już stoi na trawniku. Lecz, ku jej zdziwieniu, nadal wisiał w powietrzu. Coś się musiało stać! Pilot Gaston zazwyczaj tak się spieszył, by wrócić na jacht do przerwanej partii pokera, że sadzał maszynę gdziekolwiek na terenie rezydencji, czego bolesnymi śladami były połamane krzewy i zmiażdżone kwiaty.
    Lecz tym razem działo się inaczej. Pomyślała, że być może za sterami siedzi jakiś nowy pilot. Jednak gdy śmigłowiec poderwał się nagle w górę i zatoczył krąg, by spróbować kolejnego podejścia, Michelle dostrzegła znajomą twarz Gastona – tyle że wykrzywioną wściekłością, gdyż pasażer perfekcjonista najwidoczniej uczył go sztuki precyzyjnego lądowania.
    W końcu helikopter usiadł, trafiając płozami idealnie w wymalowaną na frontowym trawniku literę H. Pęd powietrza od wciąż jeszcze wirujących śmigieł potargał staranną fryzurę Michelle. Gdy usiłowała przygładzić włosy, za jej plecami przeciąg zatrzasnął ciężkie frontowe drzwi rezydencji z tak głośnym hukiem, że aż podskoczyła – a raczej podskoczyłaby, gdyby nie przytrzymała jej spódniczka uniformu, która została nimi przytrzaśnięta. Michelle uwięzła i prawie nie mogła się poruszyć. Z rosnącym przerażeniem daremnie szarpała spódniczkę. Wiedziała, że zatrzasnął się zamek, lecz mimo to nacisnęła klamkę, rozpaczliwie licząc na cud. Drzwi ani drgnęły. Widocznie jej anioł stróż wyjechał na urlop.
    Już poprzednio czuła niepokój, a teraz ze zdenerwowania serce waliło jej jak oszalałe. Co ma zrobić? Jeśli wezwie na pomoc tego wysokiego smukłego mężczyznę, wysiadającego z helikoptera, nie ukaże mu się w najlepszym świetle. Powinna się przecież zaprezentować jako sprawna gospodyni domu. Człowiek, który w ciągu jednej lekcji nauczył beztroskiego pilota precyzyjnego lądowania, z pewnością nie ma czasu, by prostować drobne niefortunne wypadki.
    Desperacko pociągnęła spódniczkę w górę i w dół, daremnie usiłując wyrwać się z potrzasku. Mogłaby się uwolnić, jedynie zdejmując ją, lecz to nie wchodziło w grę. Toteż w końcu zrezygnowała i czekała niczym kura na rzeź.
    Alessandro Castiglione stał na wypalonym słońcem trawniku, odwrócony do niej plecami, i przyglądał się, jak pilot wyładowuje jego eleganckie walizki. Michelle wpatrywała się w niego z napięciem. Czas wlókł się niemiłosiernie, a w jej głowie kłębił się milion możliwych usprawiedliwień. Tymczasem potentat wziął aktówkę i laptop, pozostawiając Gastonowi troskę o resztę bagażu, i ruszył prosto w kierunku domu.
    Był młodszy, niż się spodziewała, ale to poniekąd jeszcze pogarszało sytuację. Michelle kompletnie upadła na duchu. Gdyby nie jej przerażenie, mogłaby podziwiać jego harmonijne rysy, gęste, czarne naturalnie falujące włosy i bystre oczy. Lecz kompletnie osłupiała i oniemiała z zakłopotania. Trzymając ręce za plecami, nadal szarpała i ciągnęła spódniczkę, ponawiając bezskuteczne próby oswobodzenia się. Była jak motyl, bijący skrzydłami o szybę zamkniętego okna.
    Gdy przybysz się zbliżył, pojęła, dlaczego opuścił jacht pana Bartletta. Rejs pomyślano jako relaks i rozrywkę, a Alessandro Castiglioni wyglądał sztywno i surowo. Jedynymi jego ustępstwami na rzecz upalnego śródziemnomorskiego klimatu były płócienne spodnie i marynarka w kolorze kości słoniowej, rozpięty kołnierzyk koszuli i wetknięty do kieszeni morwowy krawat.
    Michelle przełknęła z wysiłkiem. Minął już czas prób jej powitania. Pora na premierę...
    - Buongiorno, signor Castiglione. Nazywam się Michelle Spicer i będę się panem opiekować podczas pańskiego pobytu w Jolie Fleur.
    Jego blada arystokratyczna twarz pozostała niewzruszona.
    - Nie potrzebuję opieki. Właśnie dlatego opuściłem statek. Kręciło się wokół mnie zbyt wielu ludzi, którzy tylko mi przeszkadzali – odrzekł sucho nienaganną angielszczyzną.
    Gdy podszedł jeszcze bliżej, jego roztargnioną minę zastąpiła zaduma. Przystanął. Michelle chciała się cofnąć, ale uderzyła piętami o zatrzaśnięte drzwi. Nie miała dokąd uciec, więc stała struchlała, podczas gdy potentat przyglądał jej się z zaciśniętymi ustami i zmarszczonymi brwiami. Dziewczynie nie przychodziło do głowy żadne przekonujące wytłumaczenie. Usiłowała pocieszać się myślą, że tylko tu pracuje i nie powinna się przejmować tym, jakie wrażenie zrobi na tym mężczyźnie. Lecz w rzeczywistości przejmowała się – i to bardzo!
Dlaczego on musi być taki przystojny? Byłoby mi znacznie łatwiej, gdyby okazał się stary czy odrażająco brzydki albo gdyby się zaczął na mnie pieklić, zamiast przyglądać mi się w milczeniu.
     - No proszę! Co my tu mamy? – rzekł wreszcie przeciągle. – Wpadła pani w potrzask.
    Jakbym sama tego nie wiedziała, pomyślała, lecz rozbawienie w jego wzroku było aż nazbyt wyraźne, więc tylko skinęła głową i odrzekła z wymuszonym uśmiechem:
    - Jestem... jestem tutaj gospodynią i uczynię wszystko, by uprzyjemnić panu pobyt...
    Przeszył ją wymownym spojrzeniem.
    - Wszystko? – powtórzył z szelmowskim błyskiem w oczach. – Czyli moje życzenie będzie dla pani rozkazem? To niebezpieczna deklaracja, signorina, w sytuacji, gdy jest pani przygwożdżona do drzwi.
    Michelle wymamrotała coś niezrozumiale.
    - Ja też czułem się na tym przeklętym jachcie jak w pułapce - dodał niemal współczująco.
    Po krótkim wahaniu zebrała się na odwagę i spróbowała wyjaśnić, co się stało.
    - Przeciąg zatrzasnął drzwi. Klucz mam w kieszeni, ale nie mogę tam sięgnąć – powiedziała tak cicho, że sama ledwie się usłyszała.
    Ku jej zaskoczeniu kiwnął głową ze zrozumieniem.
    - Musisz bardziej uważać, Michelle. To ciężkie wrota. Dobrze, że skończyło się tylko na sukience. Mogłaś zmiażdżyć sobie palce.
    Jej serce zwolniło o jakieś pięćset uderzeń na minutę. Magnetyczne spojrzenie tego mężczyzny rzucało na nią dziwny czar. Przestały się liczyć wszystkie niepochlebne rzeczy, jakie o nim usłyszała. Z jego twarzy mogła wyczytać, że wiele w życiu przeszedł. Przypuszczalnie dobiegał czterdziestki, a zmarszczki na czole dodawały wyrazu harmonijnym rysom. Lecz według Michelle najbardziej uroczo wyglądał, gdy się uśmiechał.
    - Moje klucze są w kieszeni, ale nie mogę do nich dosięgnąć – powtórzyła, z trudem dobywając głosu.
    - Zatem z łatwością da się temu zaradzić – rzekł, podchodząc do niej.
    Emanował pewnością siebie, co powinno ją uspokoić, lecz wywołało przeciwny skutek. Michelle mogła patrzeć tylko w jego oczy i utonęła w ich głębi. Jednak Alessandro Castiglione był zbyt pochłonięty swoim zadaniem, by to zauważyć.
    - Gdybyś się obróciła...
    - Jak? Przecież jestem przytrzaśnięta!
    - Pokażę ci.
    Podszedł jeszcze bliżej. Wpatrywała się w niego z lękiem i wzdrygnęła się, gdy położył dłonie na jej ramionach.
    - Michelle! Czy uważasz mnie za jakiegoś potwora? – rzucił ze śmiechem.
    - Przepraszam – wymamrotała.
    - Nie bój się, dziś pożarłem już dość dziewic – rzekł żartobliwie i odwrócił ją, tak że straciła go z oczu. – Teraz masz więcej swobody ruchów.
    Michelle usiłowała sięgnąć do kieszeni, lecz bez powodzenia.  
- Tak, ale nadal nie mogę wyjąć klucza.
- A gdybym ja spróbował?
Skinęła głową. Powolnym odmierzonym gestem przesunął dłonią po jej ciele. Dziewczynie wydało się to czarującą pieszczotą. Daremnie starała się uspokoić oddech, czując czystą subtelną woń tego mężczyzny.
- Nie... proszę... nie rób tego... – zaprotestowała słabo.
Alessandro znieruchomiał, ale nie cofnął ręki. Żar jego dotyku przepalał cienki materiał jej uniformu niczym piętnujące żelazo.
    - Co się stało, Michelle?
    Nawet te proste słowa zabrzmiały pięknie, wymówione jego głębokim głosem.
    Przycisnęła policzek do gładkiej powierzchni drzwi i spróbowała się opanować, co nie było łatwe, gdyż wciąż czuła dotyk jego palców.
    - Nic – odrzekła, potrząsając głową.
    Oprócz tego, że po raz pierwszy naprawdę dotknął mnie mężczyzna, dodała w duchu.
    Leniwie przesunął dłoń i znalazł to, czego szukał. Michelle westchnęła urywanie. Włożył dłoń do jej kieszeni i ujął pęk kluczy.
    - A teraz... obawiam się, że będę musiał przysunąć się o wiele bliżej, żeby dosięgnąć dziurki od klucza...
    Michelle oniemiała z oszołomienia i zakłopotania. Gdy oparł się o nią, szukając zamka drzwi, i prawą ręką objął ją w pasie, zaparło jej dech w piersi. Potem rozległ się zgrzyt, drzwi się otworzyły i Alessandro się cofnął.
    - Jesteś wolna – oznajmił z uśmiechem, który rozświetlił mu twarz.
    Dziewczyna mimo woli zapatrzyła się na niego. Wtem otrzeźwił ją powiew powietrza. Wyciągnęła rękę, chcąc przytrzymać drzwi, by znów się nie zatrzasnęły. Lecz Alessandro ją uprzedził i dotknęła jego dłoni. Przez jej ciało przebiegł elektryczny prąd. Pospiesznie cofnęła rękę.
    - Dziękuję, signor Castiglione. Pokażę panu pański apartament, a potem oprowadzę pana po Jolie Fleur – rzeka szybko, pragnąc dowieść swego profesjonalizmu.
    - Nie, poradzę sobie – przerwał jej. – Nie ma powodu, abyś się mną kłopotała. Wróć do swoich zajęć. Potrafię sam odnaleźć drogę w tym domu.
    - Jak pan sobie życzy, signor Castiglione.
    Uprzejmie skłoniła głowę, odwróciła się i ruszyła przed siebie.
    - Dokąd idziesz? – zapytał.
    - Przebrać się. Ta sukienka cała się wygniotła. Mieszkam w pracowni na terenie posiadłości.
    Zmarszczył brwi.
    - Dlaczego nie w głównym budynku?
    - Pracuję tu tylko tymczasowo, signor.
    - Ale Terence Bartlett powiedział, że dom stoi pusty. Z pewnością musi być mnóstwo wolnych pokoi. Cały personel przebywa na jachcie. Właśnie dlatego zamiast wrócić do siebie, skłoniłem Terence’a, żeby wysadził mnie tutaj. Chciałem odpocząć od tłumów, gdyż zatrudniam jeszcze więcej ludzi niż on.
    Michelle zastanowiła się, czy to było przed, czy po redukcji pracowników, i zadrżała.
    - Szczerze mówiąc, wolę mieszkać na uboczu w pracowni – wyznała.
    - Czy to pracownia malarska? – zapytał.
    Skinęła głową.
    - Zgromadzono tam mnóstwo przyborów, ale nikt ich nie używał.
    - Terence wybudował to studio, żeby się móc zabawiać malowaniem, lecz brakuje mu czasu... albo talentu – dodał z żalem.
    Michelle lubiła tę ładną pracownię i w ogóle całą posiadłość Jolie Fleur. Miejsce było tak piękne, że wprost prosiło się, by je rysować lub malować. Żałowała, że te wszystkie wspaniałe nowiutkie przybory malarskie nie należą do niej. Potem uświadomiła sobie, że i tak nie śmiałaby ich użyć, gdyż nie ufa swoim zdolnościom.
    - Czy mogę obejrzeć to studio? – zapytał.
    Skinęła głową. W końcu to on tu rządzi. W zwykłych okolicznościach zmierziłaby ją myśl o wtargnięciu obcego człowieka w jej prywatną przestrzeń. Jednak w tym mężczyźnie było coś, co sprawiło, że bez oporów przystała na jego prośbę. Możliwe, że Alessandro Castiglione przywykł do towarzystwa gwiazd filmowych i miliarderów, ale przy niej zachowywał się całkiem naturalnie, bez cienia wyższości. Poza tym był małomówny, a Michelle lubiła, gdy pracodawcy pozwalają jej spokojnie wypełniać obowiązki. Choć przypuszczała, że ten zniewalający mężczyzna stanie się dla niej nie lada wyzwaniem. Jednak znała swoje miejsce. On przyjechał tu wypocząć, a ona ma sprawić, by się czuł zadowolony, i nie wchodzić mu w drogę.
    Zastanowiła się, czy będzie spędzał większość czasu w rezydencji, czy też zwiedzi dalsze okolice. I czy ktoś będzie mu towarzyszył? Zaczynała dochodzić do wniosku, że ukradkowe obserwowanie tego oszałamiająco przystojnego mężczyzny może się okazać znacznie ciekawsze niż krycie się przed nim...

    Michelle mocniej zabiło serce, jak zawsze, gdy patrzyła na swój tymczasowy dom otoczony kwiatami, z oszklonym frontem i szerokimi okapami. Otworzyła przesuwane drzwi i odstąpiła na bok, wpuszczając Alessandra.
    - Imponujący – rzekł, rozglądając się po salonie, a potem powędrował do kuchni i z uznaniem pokiwał głową na widok wielkiego zlewu z nierdzewnej stali i podwójnej suszarki. – Z łatwością dałoby się usunąć tę ścianę działową, by lepiej wykorzystać przestrzeń.
    Oglądał paczki papieru do rysowania, pudełko ołówków, sztalugę i pędzle, a potem ostrożnie odkładał je na miejsce. Michelle przyglądała się temu z aprobatą. Większość jej pracodawców rzuciłaby je gdzie bądź. „Płacą ci, żebyś utrzymywała za nich porządek”– mawiała matka.
    - Nie wiedziałem, że Terence ma aż tyle albumów – powiedział, spoglądając na półki, lecz jego wzrok przykuł otwarty tom na stoliku. – Rafael, jeden z moich ulubionych malarzy. Nie masz nic przeciwko temu, że pożyczę sobie ten album do rezydencji?
    Przeglądał go i dopiero gdy dotarł do wyklejki, przestał się uśmiechać.
    - „Wręczony Michelle Spicer jako część nagrody Lawrence’a za najciekawsze portfolio roku” – odczytał na głos.

O serii - Światowe Życie DUO

Bohaterowie to ludzie bogaci i odnoszący sukcesy w życiu zawodowym - milionerzy, biznesmeni, arystokraci, gwiazdy show biznesu. Mieszkają komfortowo, prowadzą wystawne życie, lubią luksus, śmiało realizują marzenia, wiele podróżują po całym świecie.

Na pozór niczego im nie brak, ale pieniądze i popularność to nie wszystko, więc wytrwale poszukują tego, co najważniejsze - miłości i szczęścia.

Zobacz stronę serii

Dowiedz się więcej

Czytelniczki, które interesował ten produkt, oglądały również:

Opinie czytelników

  1. tajus tajus napisała:

    "Zaczęło się w Portofino" oraz "Willa w Prowansji" to niedługie opowieści obyczajowe zakrawające na romans, zamieszczone w jednej z książek serii Światowe Życie Duo wydawnictwa Harlequin. Historie w nich opisane dotyczą problemów miłosnych w kręgach ludzi bogatych i wpływowych, którzy nagle muszę otworzyć się na związki z ludźmi ze sfer niższych. Akcja książki toczy się zazwyczaj w pięknych miastach i ich zakątkach europejskich krajów, takich jak Włochy czy Francja.

    "Zaczęło się w Portofino".
    Maeve Montgomery, prostolinijna Kanadyjka pracująca niegdyś w branży mody i doradztwa, budzi się ze śpiączki w jednym z włoskich szpitali. Nie pamięta nic prócz wydarzeń z dalekiej przeszłości. Wraca do domu, w którym czeka na nią niesamowicie przystojny i bogaty mąż, Dario Costanzo. Kobieta próbuje odzyskać pamięć, wypytując męża o wydarzenia z ich wspólnej przeszłości, ale nie na wszystkie pytania Dario odpowiada zgodnie z prawdą lub unika udzielenia odpowiedzi na nie. Zgodnie z zaleceniami lekarza, Maeve nie powinna zbyt szybko dowiedzieć się o okolicznościach własnego ślubu, a tym bardziej o... synku Sebastianie, którego urodziła jeszcze przed wypadkiem samochodowym, skutkującym jej śpiączką. Podobno w małżeństwie jej i Daria nie układało się najlepiej, ale czy to rzeczywiście prawda, skoro teraz oboje nie mogą nacieszyć się swoją bliskością i miłością, przeżywając wspaniały "drugi" tydzień miodowy? Jak długo Maeve będzie musiała cierpieć w nieświadomości przeszłości? A może jej amnezja jest tylko jej własnym wymysłem, by skrzywdzić męża, jak twierdzi jej okropna wręcz teściowa?

    Amnezja. To takie zjawisko występujące w książkach i filmach, dzięki któremu moje zainteresowanie fabułą utworu wzrasta ogromnie. Zaniki pamięci bowiem kojarzą się jednoznacznie z zagadkami przeszłości bohaterów, które niewątpliwie zostaną z czasem wyjaśnione. Catherine Spencer, autorka "Zaczęło się w Portofino", stopniowo przytacza fragmenty losów Maeve i Daria, przez co czytelnik powoli składa ich historię w spójną całość. Napięcie podczas lektury czasami się pojawiało, gdyż nie raz byłam bardzo ciekawa, czy główna bohaterka przedwcześnie odkryje jakąś tajemnicę z przeszłości, albo czy ona sama nie ukrywa czegoś więcej.

    Nie do końca przekonała mnie sugestia lekarza, który "dla bezpieczeństwa i zdrowia" Maeve radził jej mężowi utrzymywać w sekrecie jej własne dziecko aż do czasu odzyskania przez nią pamięci. Odniosłam wrażenie, że ten człowiek nie pomyślał o różnych konsekwencjach, jakie to działanie mogło wywołać zarówno w relacjach małżeńskich Maeve i Daria, jak i w relacjach matki z maleńkim Sebastianem. Również samo rozpoczęcie znajomości głównych bohaterów nie przypadło mi do gustu. Szczególnie lekkomyślne zachowanie Maeve (w wieku, jakim wówczas była), no ale najwyraźniej to jej miłość do Daria zaślepiła wszystkie niedoskonałości tego mężczyzny.

    Na plus natomiast na pewno zasługuje kreacja pana Costanzo, który z pewnego siebie playboya stara się przeobrazić w kochającego męża i ojca, choć musi także borykać się z amnezją ukochanej i problemami z przeszłości. Z jednej strony w niepamięci Maeve widzi szansę na naprawę tego, co popsuło się wcześniej, i realizacja tego zadania idzie całkiem dobrze, ale z drugiej strony przeraża go fakt, iż kiedyś jego żona odzyska pamięć, a wtedy nie wybaczy mu tego, że próbował zataić przed nią ciemne strony małżeństwa, no i przede wszystkim ich wspólne dziecko. Czy bohater znajdzie dobre rozwiązanie na pokonanie tych wszystkich problemów?

    "Zaczęło sie w Portofino" to krótka historia o miłości, pożądaniu i nienawiści, przeplatana opisami przepięknych włoskich i tunezyjskich krajobrazów, a także architektury wnętrz. Nie wywołuje burzy emocji, ale pozwala oderwać się od rzeczywistości choć na chwilę, bo czyta się ją bardzo szybko. Lektura niewymagająca, czasem przewidywalna, ale w zakończeniu wzruszenie może ścisnąć za gardło.

    "Willa w Prowansji".
    Angielka Michelle Spicer pracuje jako gospodyni w jednej z pięknych rezydencji w Prowansji. Przed kobietą nie lasa wyzwanie - przywitanie i zapewnienie przyjemnego pobytu ważnej osobistości, jaką jest włoski potentat przemysłowy, Alessandro Castiglione. Ta dwójka ludzi pozostawionych samych sobie stopniowo się do siebie zbliża, odkrywając przed sobą sekrety z przeszłości i artystyczne dusze. Przystojny Alessandro, mający opinię podrywacza i bezwzględnego pracodawcy, dla Michelle jest mężczyzną jej marzeń, dlatego bohaterka decyduje się na ważny krok i przeżywa z Alessandrem swój pierwszy raz. Po tym incydencie on wraca do ojczystych Włoch, a ona do Londynu. Kilka miesięcy później ich drogi znów się krzyżują, ale już nie w miłej atmosferze. Michelle jest w ciąży i Alessandro decyduje się zrobić wszystko, by uniknąć tabloidowego skandalu, który zagroziłby jego rodzinnej firmie. Zmusza byłą kochankę do zamieszkania z nim we Włoszech, gdzie zaplanowany zostanie ich ślub. Michelle nie podoba się pomysł małżeństwa bez miłości, ale zgadza się na to ze względu na dziecko, które musi mieć obojga rodziców. Gdyby odmówiła, Alessandro i tak byłby w stanie odebrać jej dziecko - żyje one przecież w znacznie lepszych warunkach aniżeli ona...

    Znowu historia z przypadkową ciążą. Była już taka w "Zaczęło się w Portofino", a także w "Hiszpańskim arystokracie", którego miałam okazję niegdyś przeczytać. Znów pojawia się skromna kobieta i bogaty mężczyzna, który nie planuje wiązać się na stałe z kimkolwiek ani posiadać dziecka. Małżeństwo bez miłości, ale dla dobra dziecka. Czy jest to możliwe? A jeśli tak, przez co muszą przejść bohaterowie, by stworzyć prawdziwą rodzinę? Alessandro i Michelle to postaci bardzo zagubione, borykające się z nieprzyjemną przeszłością, a w dodatku ze wzajemnym pożądaniem, nad którym trudno jest im zapanować.

    Chaos. Tak mogłabym określić opisaną w "Willi w Prowansji" historię. Christina Hollis, autorka tej opowieści, opisuje ją w dość chaotyczny sposób, a główni bohaterowie również żyją w chaosie. Niezdecydowaniu. Naiwności. Złości. Wyrzutach sumienia. Irytowało mnie ich zachowanie, gdyż nie potrafili podjąć żadnej konkretnej decyzji na dłużej. Ich nastroje były pełne wahania. Pożądali siebie nawzajem, potrafili spędzić mile ze sobą czas, a po chwili te magiczne przeżycia brutalnie znikały. Kwestia miłości w związku Alessandra i Michelle praktycznie nie została do końca rozwiązana.

    Zapowiadało się naprawdę ciekawie. I nawet zabawnie. Mimo że typową romantyczną historią, to jednak w miłej atmosferze, wśród piękna sztuki rysunku i malarstwa, dlatego byłam ciekawa, jak dalej potoczą się losy bohaterów, i pomyślałam, że wątek związany ze sztuką na pewno zostanie rozwinięty, okaże się ważny. Rozczarowałam się. Zagłębiając się w dalszej lekturze, było gorzej nudziłam i irytowałam się coraz bardziej. Jako że w skład opisywanej przeze mnie książki wchodzą powyższe dwa utwory, przyznaję jej średni poziom, jeśli chodzi o ocenę. Mogło być znacznie lepiej, ale niestety.

Zarejestruj się, aby dodać opinię

Rejestracja użytkownika

Zarejestruj się w naszym serwisie, by oceniać książki, dodawać opinie oraz spotkać osoby, które tak jak Ty lubią czytać książki.

Zapisz się na newsletter, a otrzymasz prezent w postaci eBooka „Raj na Ziemi”, Mary Alice Monroe

Zarejestruj się lub

Hity Miesiąca

  1. 1. W cieniu starych drzew W cieniu starych drzew

    Autor:
    Penny Jordan
    Seria:
    Satine
    Ocena:
    5
    Cena:
    19.99 zł
    Kup taniej:
    Kup
  2. 2. Bratnie dusze Bratnie dusze

    Autor:
    Diana Palmer
    Seria:
    Romans
    Ocena:
    5
    Cena:
    34.99 zł
    Kup taniej:
    Kup
  3. 3. Trzej bracia Trzej bracia

    Autor:
    Nora Roberts
    Seria:
    Romans
    Ocena:
    5
    Cena:
    34.99 zł
    Kup taniej:
    Kup

Top 10 Tygodnia

  1. 1. Pozory mylą, W zamku nad Loarą Pozory mylą, W zamku nad Loarą

    Autor:
    Julia James, Christina Hollis
    Seria:
    Światowe Życie DUO
    Ocena:
    4
    Cena:
    14.99 zł
    Dostępność książki:
    Wyprzedane
  2. 2. Koło fortuny Koło fortuny

    Autor:
    Margaret Way
    Seria:
    Romans
    Ocena:
    4
    Cena:
    9.99 zł
    Kup taniej:
    Kup
  3. 3. Serce milionera Serce milionera

    Autor:
    Lucy Monroe
    Seria:
    Światowe Życie
    Ocena:
    5
    Cena:
    9.99 zł
    Kup taniej:
    Kup
  4. 4. Na paryskich salonach Na paryskich salonach

    Autor:
    Caitlin Crews
    Seria:
    Światowe Życie
    Ocena:
    5
    Cena:
    9.99 zł
    Kup taniej:
    Kup
  5. 5. Niezapomniany wernisaż Niezapomniany wernisaż

    Autor:
    Kate Hewitt
    Seria:
    Światowe Życie Extra
    Ocena:
    3
    Cena:
    9.99 zł
    Kup taniej:
    Kup
  1. Podróż w chmurach
  2. Zakochana bez pamięci
  3. Kłopotliwy spadek
  4. W cieniu starych drzew
  5. Smak czerwonego wina, Bezsenne noce

Nowość

Trzej bracia Trzej bracia

Autor:
Nora Roberts
Seria:
Romans
Ocena:
5
Cena:
34.99 zł
Kup taniej:
Kup

Przejdź do strony książki

Bezpłatny Newsletter

Zapisz się. Poinformujemy Cię o promocjach i konkursach z nagrodami.